sobota, 1 października 2011

True.

Wybaczcie, nie stać mnie na PhotoShop'a... Mam jakieś nie wiadomo co na twarzy, cienie pod oczami... Ale wszak i z tym żyć trzeba. Przecież mogłam nie być wcale albo być, ale jakaś taka... Ym, mniejsza o to. Swoją drogą to dość beznadziejna ironia losu albo paradoks (jakkolwiek to nazwać).... Kobiety tak często mówią o tym, że wygląd się nie liczy, a potrafią spędzić przed lustrem dobrą godzinę (wersja light), a może i nawet jakieś pół dnia (wersja hard!). Nie potrafię zrozumieć kobiet, przecież jestem tylko...kobietą?

A przed Państwem prawda z KWEJKa.
(I to by było na tyle jeśli chodzi o mą dzisiejszą, radosną twórczość).

sobota, 10 września 2011

tani romans [Ewa cz.4]




- Wiesz... - usłyszał bliski głos Ewy. - Napiłabym się jeszcze wina...
- Wszystkie knajpy są zamknięte.
- Szkoda...
- Możemy pójśc do domu.
- A masz wino?
- Tak - powiedział cicho, w zamyśleniu, ciągle jeszcze nie mogąc się otrząsnac się całkowicie z doznanego wrażenia. - Mam w domu wino. Kupiłem wczoraj dwie butelki...
W tym momencie poczuł na twarzy pierwsze, choc jeszcze nieśmiałe dotknięcie deszczu - drobne kropelki wilgoci. Ewa podniosła się prędko z ławki i zawołała wesoło: 
- Na cóż więc czekamy? Chodźmy do ciebie...
Nie mieli daleko na Osiedle Szklanych Domów i wkrótce znaleźli się na miejscu; ledwie jednak weszli do bramy, niebo otwarło się nagle z potwornym i wyzwalającym rykiem ulgi na ziemię bluznęła dawno oczekiwana ulewa, która przy potężniejącym z każdą chwilą akompaniamencie błyskawic i trzasku rozdzierających niebo gromów biła z głuchym dudnieniem zw spieczoną i wyschłą na pieprz ziemię, jak w napiętą skórę gigantycznego bębna. Zatrzymali się przed drzwiami mieszkania.
- Proszę, daj mi klucz - poprosiła Ewa. - Chcę sama otworzyc....
Zrobił, co chciała. Weszli do przedpokoju. Ewa zapaliła światło i radośnie podniecona, rozejrzała się z zaciekawieniem wokoło, a potem bez słowa ruszyła przed siebie, prawie biegnąc, i we wszystkich po kolei pomieszczeniach zapalała światła, w kuchni, w jednym pokoju i w tym drugi, który stał ciągle jeszcze nie urządzony i pusty, nawet w łazience. Wreszcie włączyła magnetofon i z taśmy popłynęła muzyka, a on otworzył butelkę i rozlał do szklanek wino.
- To jest cudowne - powiedziała Ewa stając przed nim i biorąc z jego rąk szklankę. Wpatrywała się wciąż w obracające się szpule taśmy - O, Boże...
Uniósł do góry szklankę.
- Chopin - powiedział z żartobliwym błyskiem w oczach, ale jego twarz mimo to nie przestawała byc smutna - Chopin,Szopenowskie Nokturn Op.9 No.2
Spojrzała na niego poważnie.
- Jak dobrze, że znowu jestem z tobą...
Milczał. Czarny koń Jerzego Panka spoglądał na niego rozgonionym i pełnym triumfu wejrzeniem. Ewa objęła Grzegorza za szyję i przytuliła się.
- Boje się - wyszeptała cicho.
Ogarnął ją ramieniem.
- Życia?
- Smutków.... Tragedii...
- Moje dziecko - szepnął z czułością. - Moja maleńka... Musisz byc odważna jeśli chcesz życ...
Uniosła do góry głowę i popatrzyła pytającym, niepewnym wzrokiem.
- Nie wolno się bac życia... - powiedział. - Musisz byc odważna...
-Milczała. Dotknęła delikatnie dłonią jego twarzy.
- Czy dzisiaj ktoś umarł? - zapytała cicho.
- Prawie każdego dnia umierają ludzie...
- Czy ty zamykasz im oczy, kiedy umierają?
- Nie zawsze...
- Ale czasem to robisz?
- Tak.
Przesunęła dłoń wyżej, ku jego powiekom i palcami zsunęła mu je na oczy.
- Czy tak się to robi? - zapytała, a potem, przerażona tym gestem, cofnęła pośpiesznie rękę od jego twarzy, wpatrując się w nią z rozszerzonymi od lęku źrenicami.
Uśmiechnęła się smętnie.
- Chciałbym żebyś zrobiła to jeszcze raz - powiedział miękko. - Kiedy umrę...
- Nie! - zawołała. - Nie, Grzegorz!...
- Chciałbym, żebyś zawsze była przy mnie. Do samej śmierci. I żebyś to zrobiła...
Znowu objęła go za szyję i przytuliła mocno twarz do jego policzka.
- Och, Grzegorz, obejmij mnie - szepnęła. 
Stali chwilę w milczeniu wsłuchując się w szum deszczu za oknem i w cichy głos fortepianu; usiedli na tapczanie i zapalili, co jakiś czas pociągając ze  szklanek wino. 
- Wiesz... - odezwała się Ewa. - Jesteś cudowny. Dzięki tobie znowu poczułam się kobietą. To wspaniałe uczucie...
Uśmiechnął się.
- Żałuję, ale nic na ten temat nie mogę powiedziec...
- Ty nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że znowu jestem z tobą... Po raz pierwszy od wielu miesięcy czuję spokój i po raz pierwszy wydaje mi się, że nic mi nie zagraża...
- Nie będziemy się oszukiwac, Ewo...
- Nie.
- Nie będziemy się okłamywac...
- Nie - powiedziała. Nigdy...
- Będziesz mogła odejśc w każdej chwili. Nie będę cię próbował zatrzymywac, ale nigdy ci nie wybaczę, jeśli raz mnie zawiedziesz...
- Dlaczego mówisz o rozstaniu?
- Wszystko się może zdarzyc - powiedział w zamyśleniu. - Ale nie okłamuj mnie i nie próbuj oszukiwac. Chcę miec dla ciebie szacunek, nawet jeśli odejdziesz. Ja wiele potrafię zrozumiec, Ewo...
- Nigdy od ciebie nie odejdę - rzuciła gwałtownie - Jeśli nie będziesz chciał tego.
Popatrzył na nią.
- Kocham cię...
- Nigdy od ciebie nie odejdę - powtórzyła z uporem jak gdyby pragnąc przekonac samą siebie. - Od wielu lat pragnęłam spotkac kogoś takiego jak ty...
- Życie jest takie krótkie...
- Nigdy od ciebie nie odejde - powtórzyła jeszcze raz. - Z nikim nie było mi tak dobrze jak z tobą. Przy tobie... Tylko przy tobie czuję się zupełnie innym człowiekiem i to jest cudowne...
Odstawiła na ziemi szklankę z winem, wzięła jego dłoń w ręce i przytuliła do twarzy, a potem nagle pocałowała, nim zdążył ją wyszarpnąc z uścisku.
- Chcesz, żebym został u ciebie? - zapytała czerwieniąc się z onieśmieleniem. - Powiedz...
- Tak - odrzekł wzruszony. - Tak...

 to trzecie to przedrzeźnianie brata fotografa ;p

piątek, 2 września 2011

Oxford.






I ♥ ARCHITEKTURA !
























Foch stulecia! Nara!


 No i? Może po prostu lubię kaczki, tak?
Rowery...cóż... Miasto rowerów. Pewnie dlatego, że większośc populacji to studenci, a wiadomo - studenci to hm... niższa klasa społeczna. ;]

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

tani romans [Ewa cz. 3]

Kierowca odwrócił głowę i zerknął na niego niepewnie.
- Nowa Huta? - zapytał.
- Tak.
Skinął głową i ostrożnie wyprowadził wóz spośród stojących po obu stronach taksówek, a gdy znalazł się już na jezdni, ruszył z miejsca na pełnym gazie, okrążając Rynek. Po chwili włączył radio. Marylin Monroe śpiewała 'Lullalby of Broadway'.
- Grzegorz, och Grzegorz...
Ewa mocno przytuliła się do niego, obejmując kurczowo dłońmi jego ramię, a on siedział sztywno, wyprostowany, pełen nieznośnego uczucia chłodu i obcości, jakich dawno nie zaznał.
- Chcesz mnie odwieźc do domu? - zapytała.
- Tak.
- Masz mnie już dośc?
- To nie ma sensu.
- Co?
- Te powroty i rozstania - odrzekł chłodno. - Zawsze wracałaś na parę dni, aby potem zniknąc z mego życia na całe miesiące. Nie chcę tego...
- Nigdy już od ciebie nie odejdę...
Potrząsnął z niedowierzaniem głową.
- Czas robi swoje... - powiedział. - Potem, kiedy wracasz, szukamy się nawzajem i nie możemy odnaleźc. Zupełnie jak dwoje zagubionych w lesie ślepców.
- Nie wierzysz mi?...
- Nie.
- Kocham cię...
- Będziemy musieli się wkrótce znowu rozstac.
- Nie - powiedziała nabrzmiałym łzami głosem. - Nigdy już się nie rozstaniemy, jeśli nie będziesz chciał tego...
- Nie chcę się z tobą rozstawac, Ewo...
- Więc się nie rozstaniemy - odrzekła cicho. - Pragnę wszystkiego, czego ty pragniesz, i zrobię, co tylko zechcesz...
- A jeśli każę ci odejśc? - zapytał.
Poczuł na swoim ramieniu zaciskające się palce Ewy, a po chwili drżenie jej ciała wstrząsanego cichym płaczem. Delikatnym ruchem uwolnił rękę, ogarnął ją ramieniem i przycisnął do piersi z gwałtowną i niecierpliwą czułością, tak długo nie zaspokojoną, i zaczął głaskac po mokrej od łez twarzy,  czując równocześnie, jak tkwiąca w nim bryła lodu zaczyna z wolna topniec i rozpływac się.
- Jeśli chcesz, odejdę - szepnęła. - Ale będę cię kochała zawsze. Wiem teraz, jaki jesteś naprawdę i już nikogo nie potrafię tak kochac jak ciebie...
Pochylił się nad nią i pocałował ją w czoło.
- Nie chcę... - odrzekł wzruszony. - Nie chcę tego...
- I nie gniewasz się już na mnie?
- O co? - zdziwił się.
- Wiesz...
- O to, co było 'Pod Krzyżykiem?' - domyślił się.
- Tak...
- Miałaś rację w tym, co mówiłaś - powiedział. - Nikt nie ma prawa osądzac twojego życia.
- Ale nie powinnam była wstawac od stolika... - powiedziała ze skruchą. - Tego nie powinnam była robic...
Milczał. Spojrzał przez szybę na mknącą ku nim szosę, prawie białą w świetle zapalonych reflektorów, a potem ujrzał ogromniejący z każdą chwilą błysk neonów na gmachach Placu Centralnego i migotanie jarzeniówek na sklepowych wystawach, w przelocie mignął mu przed oczami reklamowy slogan: 'Wszystko dla Ewy', grupa mężczyzn tłoczących się przed wejściem do 'Arkadii', i oto znaleźli się w Alei Róż. Gdy kierowca zwolnił bieg wozu i spojrzał na nich pytającym wzrokiem, nie wiedząc jeszcze, gdzie ma przystanąc, Gara skinął głową i powiedział.
- Dziękuję. Może się pan zatrzymac.
W samochodzie nie odczuwało się duchoty, jaka panowała na dworze, gdyż przez całą drogę owiewał ich wartki strumień chłodnego powietrza, wdzierającego się do auta przez uchylone wietrzniki, ale gdy wysiedli z taksówki i zagłębili się w półmrok osiedlowych alejek, a potem weszli pomiędzy wysokie domy ze stali i szkła, odczuli natychmiast ciężar tej nocy, nabrzmiałej wilgocią i dusznym, rozleniwiającym bezruchem nieba brzemiennego w deszcz, zdyszanego, postękującego głucho w bolesnej męce przeciągającego się porodu, pokracznie nachylonego nad nimi rozdętym monstrualnie brzuchem ciemnych chmur, które zdawały się wspierac ciężko o dachy mijanych domów. Klucząc jakiś czas pośród labiryntu bloków i kamiennych uliczek, wyszli w końcu na rozległą przestrzeń miejskich zieleńców, przez które przebiegał ukośnie podwójny szpaler rosochatych wierzb. Stare drzewa stanowiły w tej chwili jedyny ślad dawnego traktu czy też może niewielki fragment wiejskiej drogi wiodącej jeszcze niedawno ze wsi Mogila do wsi Bieńczyce, lecz teraz prowadzącej donikąd, od paru lat zatarasowanej stojącymi w poprzek gmachami, a nieopodal tych drzew i nieistniejącego traktu znajdowały się tereny wesołego miasteczka, choc właściwie, tak naprawdę była to tylko jego żałosna miniatura, bowiem w całości miasteczko składało się z kilku huśtawek, dwóch zdezelowanych karuzel, diabelskiego młyna i odrapanej budy-strzelnicy. Doszli w milczeniu do znajdującej się w pobliżu ławki i usiedli zwróceni twarzami w kierunku Wzgórz Krzesławickich, ponad którymi wznosiła się ogromna łuna nigdy nie gasnących ogni i ona zapewne sprawiała, że patrząc na Wzgórza odnosiło się wrażenie, jak gdyby stały w pożarach, a złudzenie pogłębiał jeszcze bardziej widok przemykających po niebie błyskawic, które z suchym trzaskiem biły w ową płomienistą poświatę i całkowicie się w niej zatracały.
- Boże, jakie to cudowne... - szepnęła Ewa. - Co za widok!
Wzięła go pod ramię i przytuliła mocno i wówczas znowu poczuł jak drży.
- Chcesz się napic wina? - zapytał.
- Chcesz... - odrzekła.
- Naprawdę masz na to ochotę w tej chwili?
- Masz...
Wydłubał scyzorykiem z butelki korek, a resztę, której nie udało mu się wyjąc, wepchnął do środka. Potem pociągnął parę łyków słodkiej malagi i podał Ewie. Popijali na zmianę, co jakiś czas popluwając odrobinami rozkruszonego korka pływającymi w winie. Butelka wędrowała nieustannie z rąk do rąk, coraz lżejsza i z każdą chwilą bardziej lepka od rozlanego płynu. Nagle uświadomił sobie, że śmieje się zupełnie bez powodu, gdyż w tym, co robili nie było w końcu nic zabawnego, a ten śmiech wcale nie był wesoły ani nawet wyzwalający z istniejącego w nim ciągle napięcia, z czego również zdał sobie sprawę po jakimś czasie, lecz zupełnie nie mógł się opanowac, co miało ten skutek, że i Ewa niespodziewanie mu zawtórowała; ale to było jeszcze gorsze, bo śmiejąc się poczuł się nagle jakby popełnił wobec niej jakieś oszustwo, wobec niej i wobec siebie także, gdyż poprzez to pierwsze, jeszcze lekkie oszołomienie alkoholem do jego świadomości dotarł wreszcie obraz ich obojga siedzących na ławce i pijących wspólnie z jednej butelki wino, obraz Ewy i jego własny, jakby on sam nie znajdował się na tej ławce i nie siedział obok Ewy, tylko stał gdzieś w pobliżu i spoglądał z pewnego oddalenia czy może lepiej - dystansu na Ewę i siebie, jak na obcą parę, a wtedy w jego pamięci pojawiło się inne, chociaż nieomal identyczne wspomnienie sprzed dwóch lat, kiedy to również nocą znaleźli się na podobnej ławce z butelką wina, którą kupił wcześniej przed wyjściem w lokalu, gdzie opijali egzamin magisterski Ewy, i pili wino pod rozgwieżdżonym czerwcowym niebem, już nieco znużeni emocjami dnia, przeciągającym się pijaństwem, ale jednak szczęśliwi, łagodni, spokojni, snujący projekty na najbliższą przyszłośc, ustalający datę własnego ślubu, rozmawiający o małżeństwie jak o czymś bardzo ważnym i prawie dokonanym, aby w kilkanaście godzin później stac się świadkami własnej klęzski, podejmującymi decyzję o rozstaniu - a więc gdy te dwa obrazy nałożyły się na siebie w nieoczekiwanym, pełnym goryczy i rozżalenia przypomnieniu, nie mógł się nie śmiac z siebie, ze swojej ufności, wiary w szczęśliwą chwilę, ze złudnych nadziei, jakie mu towarzyszyły wówczas; ale również musiał śmiac się z Ewy. - Och, do licha! - pomyślał, gdy już ochłonął nieco. - Co za historia! Dobrze, że przynajmniej nie gadamy... - Ewa również przestała się śmiac i podała mu butelkę. Wówczas stało się z nim coś nieprawdopodobnego, czego nigdy nie zaznał, a przynajmniej nie odczuwał w tak dotkliwy i bolesny sposób. Otóż właśnie w tym momencie, gdy odbierał id niej opóźnioną niemal do dla flaszkę, z chlupoczącą resztką malagi, najpierw do jego uszu, w których jeszcze pobrzmiewał mu własny śmiech i Ewy, dobiegł  żałosny skrzyp chyboczącej na wietrze lampy, która wisiała uwiązana do słupa, oświetlając teren wesołego miasteczka, donośny, niepokojący w ciszy, jaka wokoło nich panowała, a w tym samym momencie posłyszał równie przejmujący, pełen smutku głos skrzypiec, a także gwałtowny i niespodziewany powiew burzowego wiatru nasiąkniętego wilgocią, i jeszcze ujrzał rozkołysany szeroko błysk i na przemian cień lampy - i  to było właśnie niesamowite, że dotarło wszystko do niego równoczześnie, błysk światła i cień, donośny skrzyp lampy, głos żalących się skrzypiec i chłodny podmuch wiatru, wtedy odczuł w zmysłowy prawie sposób przemijanie czasu i to doznanie stało się dla niego tak silnie ogłuszające, jak z bliska eksplozja lub uderzenie piorunu. Wówczas z rozpaczą uświadomił sobie, że będzie musiał umrzec, odejśc z tej ziemi czy może tylko w niej się pogrążyc na zawsze, i że, byc może, kiedyś po latach, gdy już go nie będzie na tym samym miejscu ktoś inny, już go nie będzie, ktoś inny będzie słuchac przeraźliwego skrzypienia tej samej lampy, nostalgicznego śpiewu skrzypiec grających tę samą solówkę pierwszej części koncertu Mendelssohna, ktoś inny przyglądac się będzie owej zmiennej i ruchliwej grze światła i cienia, aby wreszcie z ulgą przyjąc dzikie porywy wiatru, cwałującego ze Wzgórz Krzesławickich w stronę miasta, leżacego w dusznym i parnym bezruchu. - A mnie już nie będzie - myślał z przejmującym bólem. Po mnie nie pozostanie nawet ślad. Już mnie nie będzie...

niedziela, 21 sierpnia 2011

Jezioro łabędzi.

NIE CHCĘ MI SIĘ NICZEGO PISAĆ.
Przed Państwem marne fotostory (nie wyrażające niczego) zabarwione na zielono.










sobota, 20 sierpnia 2011

tani romans [Ewa cz. 2]

Skręcili przy Floriańskiej i weszli na linię A-B. Szli w cieniu akacjowych drzew ciągnących się długim rzędem wzdłuż chodnika po tej stronie Rynku. W miodosytni 'Pod Krzyżykiem' było pusto, nie licząc trzech mężczyzn siedzących w głębi sali, z których jeden już spał, wspierając się o skraj stołu, a dwaj pozostali trwali w ponurym, pijackim zamyśleniu nad karafką wódki. Ewa machinalnie podeszła do stolika, gdzie zwykli byli siadac, znajdującego się nie opodal bufetu, tuż za kamiennym filarem podtrzymujący piękny, beczkowy strop. Nie zdążyli usiąsc, gdy pojawił się przy nich uśmiechnięty kelner.
- Dobry wieczór państwu - powitał ich wesoło. - Dawno państwo nie zaglądaliście do nas... No, ale to nic dziwnego. Urlopy, wakacje... W lecie zawsze świeci u nas pustkami... Czym mogę służyc?
Krzątał się gorliwie, omiatając ściereczką czysty obrus, poprawiał krzywo ustawione krzesła, zmienił popielniczkę, ruchliwy i pełen niewyczerpalnej energii.
- Będziesz coś jadła? - zwrócił się do Ewy?
- Nie. Jestem po kolacji.
Gara spojrzał na kelnera.
- Proszę, niech nam pan poda karafkę wódki - powiedział.
- Wódeczka jest - odrzekł szybko kelner. - Zimna. Dobra.
- Świetnie.
- Czy zakąseczkę również podac?
- Jak zwykle.
- Fasola z pieprzem jest. Już podaję.
Ruszył od stolika prawie biegiem. Ewa odprowadziła go rozweselonym wzrokiem.
- No to co, Franuś? - dobiegło ich z kąta sali.
- Chyba sobie chluśniem, bo inaczej uśniem...
- Za co pijemy?
- Za jedną nereczkę, za drugą i za wątróbkę...
- Może byc...
- No to cyk...
Kelner pojawił się wkrótce przy stoliku, niosąc grube ziarna białej fasoli obsypane z wierzchu mielonym pieprzem, ustawił przed nimi talerzyki i kieliszki, a potem obrzucił stół krytycznym spojrzeniem.
- Fasola jest - meldował. - Kieliszki są. Wódka zaraz będzie. Zimna. Z lodu.
Zawrócił gwałtownie w miejscu i pobiegł w kierunku bufetu. Ewa roześmiała się serdecznie. Nagle coś się stało. To było zupełnie, jak gdyby pękły skuwające rzekę lodowe zapory, a woda grożąca wylewem ruszyła z szumem swoim zwykłym korytem. Bo i on również w tej chwili śmiał się, właściwie bez szczególnego powodu, ale natychmiast odczuł ulgę, a gdy przy stoliku pojawił się znowu kelner, popatrzył na Ewę ciepło, z dawną nieomal sympatią.
- Wódeczka jest - stwierdził triumfalnie kelner nalewając do kieliszków. Odstawiwszy karafkę, spojrzał na nich wyczekująco. Ewa dotknęła dłonią pękatej karafki. Uniosła wzrok na kelnera i stwierdziła z udaną powagą:
- Zimna. Z lodu.
- A nie mówiłem? - ucieszył się zadowolony. - Jak powiedziałem 'jest' to jest...
Odszedł z głębokim ukłonem, drobnym, nerwowym krokiem. Wypili w milczeniu. Gara napełnił natychmiast opróżnione kieliszki. Kelner uruchomił milczące do tej pory radiolę. Z głośników przypłynął do nich głos gitar. Na salę wdarła się hałaśliwa czereda studentów. Śmiejąc się i pokrzykując zajmowali miejsca przy stolikach. "Kobieto, jeśli potrafisz rozmawiac z Bogiem, przybądź na moje wołanie" - śpiewał Luis Alberto del Parana. - "Chociaż wiem, że jeśli się nawet przy mnie zjawisz, moje serce nie przestanie  nadal byc samotne"...
- Grzegorz... - wyszeptała nagle Ewa. - Grzegorz...
Spojrzał ponad stolikiem na jej wzruszoną twarz.
- Pocałuj mnie.
Ujął jej twarz w obie dłonie i pocałował w czoło.
- Wiesz?... - zająknęła się. - Uwierzyłam w to, co mówiłeś do mnie przedwczoraj.
Uśmiechnął się.
- Jestem zręcznym kłamcą, Ewo! - powiedział.
- Dlaczego kłamałeś?
- Broniłem się.
- Przed czym?
- Przed tobą - odrzekł w zamyśleniu, teraz już całkowicie łagodniejąc. - Przed miłością...
- Nie chcesz mnie kochac?
- Kocham cię - powiedział spokojnie. - Kochałem cię zanim się poznaliśmy... Już wtedy... I chyba nigdy nie potrafię się z tego wyzwolic...
Uśmiechnęła się uszczęśliwiona.
- Przed miłością nie trzeba się bronic - powiedziała cicho.
Sięgnął po kieliszek.
- Jestem bardzo zmęczony - stwierdził znużonym głosem, niemal żałośnie. - Nie chcę więcej cierpiec. Pragnę tylko ciszy i spokoju...
Ewa położyła na jego dłoni, obejmując kieliszek, rękę.
- Kochany... - szepnęła - Mój drogi... Wiesz... Ja tak bardzo... Codziennie pisałam do ciebie listy... Mam ich w domu całą furę... Tak bardzo pragnęłam byc znowu z tobą.
Milczał. Słyszał rosnący za plecami gwar. Co jakiś czas na sali wybuchał gromki śmiech, swobodny i niczym nie skrępowany. Drażniący chichot rozanielonych dziewcząt. Butne, pewne siebie głosy młodości. Przymilne i natarczywe gdakanie kur. Pełne triumfu pianie nastroszonych i zadziornych kogucików. - Gdybym mógł jej zaufac... - pomyślał. - Gdybym mógł jej znowu uwierzyc...
Ewa uniosła do góry kieliszek.
- Za nasze spotkanie - powiedziała z rozjaśnioną twarzą. - Strasznie się cieszę, że jestem z tobą...
Wypili.
- Nie będziesz miała przykrości? - zapytał ostrożnie.
Popatrzyła na niego zdziwiona.
- O czym myślisz?
Zawahał się.
- Mogą mu powiedziec, że nas widziano razem - odrzekł pochmurnie.
- Więc co z tego?
- Och, wiesz przecież sama najlepiej. Wkrótce wszystko znowu zacznie się od nowa. Tak jak zwykle do tej pory...
Potrząsnęła przecząco głową.
- Nie Grzegorz... - powiedziała. - Nie. Wierz mi, proszę...
-Co?
- Skończyłam z nim. Skończyłam z nim ostatecznie. Zdaje się, że tym razem wreszcie zrozumiał, bo w ogóle nie pokazał mi się od paru miesięcy na oczy...
Po jego twarzy przemknął lekki grymas.
- Od paru miesięcy? - upewniał się z niedowierzaniem.
- No, od trzech, powiedzmy...
Podsunęła mu opróżniony kieliszek. Napełnił go, a potem także nalał sobie i wypił, zagryzając fasolą z pieprzem. - On się wkrótce znowu zjawi - pomyślał z niechęcią. - Jak tylko dowie się, że jesteśmy razem - Nabił na wykałaczkę dwa grube ziarna fasoli, włożył do ust i zaczął z wolna żuc, czując równocześnie wzmagające w podniebieniu pieczenie. Sięgnął po karafkę i rozlał do kieliszków resztę wódki. W gruncie rzeczy wszystko było niepojęte, ciemne, zawiłe, że nigdy nie był w stanie zupełnie się w tym połapac. Bo o cóż właściwie chodziło? Czemu dotąd nie potrafiła się uwolnic od natrętnej i uciążliwej obecności tego człowieka, którym szczerze pogardzała, którego nie znosiła, który budził w niej fizyczny wstręt? Ale czy tylko to? Czy nie było tu również upokarzającej litości, goryczy, żalu z powodu zmarnowanej egzystencji człowieka, którego kiedyś kochała? - może nawet kryła się w tym nadzieja, że właśnie ona, jedna jedyna na świecie, gotowa do poświęcenia i podjęcia szaleńczej próby, potrafi go ocalic? Ale czyż nie zdawała sobie sprawy , jak beznadziejne były wszystkie jej wysiłki, wiodące do celu? Czy nigdy nie przyszło jej na myśl, jaki bezmiar udręki ją czekał? Nie wiedziała, czy może tylko nie chciała w to uwierzyc, że wszystkie jej usiłowania i zamierzenia z góry skazane są na niepowodzenie?
- Masz papierosa?
- Mam.
- Możesz mnie poczęstowac?
- Oczywiście.
Podał jej papierosa, ognia, sam także zapalił. Przypomniał sobie, że ilekroc starał się dotrzec do źródła jej niepojętych i zadziwiających decyzji, czuł się zwykle, jak gdyby wkraczał w ciemnośc, a im dalej zagłębiał się w jej życie, poszukując chocby najmniejszego błysku światła, tym większy ogarniał go mrok. Nic o niej pewnego nie wiedział. Nigdy niczego naprawdę nie rozumiał. Był całkowicie bezradny. Nie miał nawet pojęcia, jak mógłby jej pomóc. Tym więcej że nieustannie napotykał twardy i nieprzyjazny mur milczenia. A jeśli udało mu się cokolwiek odkryc - były to same sprzeczności. Gdyby przynajmniej mógł zrozumiec coś z tego, co dotyczyło owego absurdalnego związku, byc może byłoby mu lżej. Ale Ewa uporczywie uchylała się od jakichkolwiek wyjaśnień. Wprawdzie wiedział, że kochała kiedyś Kubę. Sama opowiedziała mu o tym. Ten okres w jej życiu wydawał mu się najjaśniejszy. Lecz cóż to była za historia? Nie miała wówczas więcej niż siedemnaście lat. Co mogła wiedziec wtedy o życiu - dopiero w nie wkraczając? Jakimi kryteriami miała się kierowac wobec zadziwiającego przecież doświadczenia, którym musiała się stac dla niej pierwsza miłośc? Co czuła w owym czasie ta wrażliwa i delikatna istota o nierzeczywistej twarzy gotyckiego anioła, jakie widuje się czasem na starych rzeźbach, niewinna, ufnie wkraczająca w życie, lecz nie posiadająca o tym życiu żadnej, powierzchownej nawet wiedzy, całkowicie nie przygotowana na rozliczne niebezpieczeństwa i zasadzki, jakie oczekiwały na nią, poruszającą się po świecie po trosze jak po rajskim ogrodzie albo jak po mitycznej krainie szczęścia, Arkadii, gdzie człowiek nie musiał czuc się zagrożony? Jaka ona była? Nie znał Ewy w tym okresie. Mógł sobie jednak doskonale wyobrazic jej zdziwione i zawsze jakby nieprzytomne spojrzenie, jakim patrzyła na świat i na ludzi. To w niej zresztą zostało. Nawet teraz, gdy spoglądał na nią, nie był całkowicie pewien, czy siedząc z nim w zadymionej, hałaśliwej knajpce, trzymając w jednej ręce dopalającego się papierosa, drugą obejmując już na wpół opróżniony kieliszek wódki, równocześnie nie wędruje myślami po bardzo odległych od tego miejsca krainach marzenia, do których on nie miał wstępu i nawet, gdyby to było możliwe, nigdy nie próbowałby się do nich wedrzec. Gdzie była w tej chwili? Jak daleko? Kto jej towarzyszył? On - czy może Kuba?
Patrząc na nią spostrzegł, jak jej twarz raptownie zmienia wyraz, staje się nieufna i podejrzliwa.
- Czemu tak mi się przyglądasz? - zapytała twardym, pełnym nie ukrywanej niechęci głosem. - Co?... Sprawiasz w tej chwili wrażenie, jakbyś odprawiał nade mną sąd - ciągnęła niemal ze złością. - Wyglądasz jak inkwizytor, rozważający problem winy i kary...
Rzucił jej zdziwione spojrzenie.
- A gdyby nawet tak było? - przyznał poważnie, bez uśmiechu. - Uważasz, że nie mam prawa tego robic?... Piła wódkę, przechyliwszy do tyłu głowę, obserwując go spod przymrużonych powiek z nie tajoną wrogością. Odstawiła na stolik opróżniony kieliszek, sięgnęła ręką ku popielniczce i z pasją zaczęła rozgniatac niedopałek papierosa.
- Nikt nie ma prawa tego robic!- wybuchnęła. - Rozumiesz? Nikt. Ani w niebie, ani na ziemi, ani w piekle. Nikt nie ma prawa osądzic mojego życia...
Poderwała się z krzesła, jak spłoszony ptak podrywa się nagle z gałęzi do odlotu, ale złapał ją wtedy za rękę i jednym mocnym szarpnięciem posadził na krześle.
- Spokojnie... - powiedział zimno. - Wyjdziemy stąd razem. Potem zrobisz, co zechcesz...
Przywołał skinieniem ręki kelnera. Podbiegł do nich truchcikiem, jak zwykle uśmiechnięty i przyjazny. Gara wyciągnął portfel.
- Rachuneczek jest! - zawołał kelner wesoło, kładąc na stoliku wyrwany z bloku paragon.

 Kiedy wyszli na ulicę, Ewa była bliska płaczu. W milczeniu skierował się ku postojowi taksówek, które stały długim rzędem nie opodal Sukiennic, pełen rozdrażnienia i na nowo obudzonej niechęci do dziewczyny. - To beznadziejne - myślał. - Nigdy już jej nie uwierzę... - Wsiedli do czarnej wołgi. Ułożył na siedzeniu butelkę malagi, kupioną przy wejściu z miodosytni i zatrzaskując drzwi, rzucił kierowcy:
- Aleją Róż...

niedziela, 14 sierpnia 2011

Czerwonousty włóczykij.




























To jest moja twarz, pokryta piegami, ze sporadycznym pryszczem i kilkoma żyłkami.
To jest moje ciało, pokryte skórą, i nie możesz zobaczyć go całego.
A to jest mój rozum, krąży w kółko tymi samymi, starymi liniami
A to jest mój mózg, torturowany analitycznymi myślami, które powodują, że wariuję.

I używam płynu do płukania jamy ustnej.
Czasami nici dentystycznej.
Mam rodzinę.
I piję mnóstwo herbaty.

Mam nostalgię...
Mam znajome twarze.
Mam pomieszaną pamięć.
I mam ulubione miejsca.
I śpiewam oh-oh w piątkowe wieczory,
I mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku.
I siedzę w domu w piątkowe wieczory,
I mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku.

To jest moja twarz, mam tysiąc opinii i brak czasu na wyjaśnienia.
A to jest moje ciało, i nie ma znaczenia jak będziesz próbował i je ukrywał -
Wciąż tu będę.
A to jest mój rozum, i chociaż starasz się go złamać, nie możesz go ograniczyć.
A to jest mój mózg, i nawet jeśli próbujesz i mnie powstrzymasz, nie będzie tu niczego, co mógłbyś pozyskać.
[K.Nash]