Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 września 2011

tani romans [Ewa cz.4]




- Wiesz... - usłyszał bliski głos Ewy. - Napiłabym się jeszcze wina...
- Wszystkie knajpy są zamknięte.
- Szkoda...
- Możemy pójśc do domu.
- A masz wino?
- Tak - powiedział cicho, w zamyśleniu, ciągle jeszcze nie mogąc się otrząsnac się całkowicie z doznanego wrażenia. - Mam w domu wino. Kupiłem wczoraj dwie butelki...
W tym momencie poczuł na twarzy pierwsze, choc jeszcze nieśmiałe dotknięcie deszczu - drobne kropelki wilgoci. Ewa podniosła się prędko z ławki i zawołała wesoło: 
- Na cóż więc czekamy? Chodźmy do ciebie...
Nie mieli daleko na Osiedle Szklanych Domów i wkrótce znaleźli się na miejscu; ledwie jednak weszli do bramy, niebo otwarło się nagle z potwornym i wyzwalającym rykiem ulgi na ziemię bluznęła dawno oczekiwana ulewa, która przy potężniejącym z każdą chwilą akompaniamencie błyskawic i trzasku rozdzierających niebo gromów biła z głuchym dudnieniem zw spieczoną i wyschłą na pieprz ziemię, jak w napiętą skórę gigantycznego bębna. Zatrzymali się przed drzwiami mieszkania.
- Proszę, daj mi klucz - poprosiła Ewa. - Chcę sama otworzyc....
Zrobił, co chciała. Weszli do przedpokoju. Ewa zapaliła światło i radośnie podniecona, rozejrzała się z zaciekawieniem wokoło, a potem bez słowa ruszyła przed siebie, prawie biegnąc, i we wszystkich po kolei pomieszczeniach zapalała światła, w kuchni, w jednym pokoju i w tym drugi, który stał ciągle jeszcze nie urządzony i pusty, nawet w łazience. Wreszcie włączyła magnetofon i z taśmy popłynęła muzyka, a on otworzył butelkę i rozlał do szklanek wino.
- To jest cudowne - powiedziała Ewa stając przed nim i biorąc z jego rąk szklankę. Wpatrywała się wciąż w obracające się szpule taśmy - O, Boże...
Uniósł do góry szklankę.
- Chopin - powiedział z żartobliwym błyskiem w oczach, ale jego twarz mimo to nie przestawała byc smutna - Chopin,Szopenowskie Nokturn Op.9 No.2
Spojrzała na niego poważnie.
- Jak dobrze, że znowu jestem z tobą...
Milczał. Czarny koń Jerzego Panka spoglądał na niego rozgonionym i pełnym triumfu wejrzeniem. Ewa objęła Grzegorza za szyję i przytuliła się.
- Boje się - wyszeptała cicho.
Ogarnął ją ramieniem.
- Życia?
- Smutków.... Tragedii...
- Moje dziecko - szepnął z czułością. - Moja maleńka... Musisz byc odważna jeśli chcesz życ...
Uniosła do góry głowę i popatrzyła pytającym, niepewnym wzrokiem.
- Nie wolno się bac życia... - powiedział. - Musisz byc odważna...
-Milczała. Dotknęła delikatnie dłonią jego twarzy.
- Czy dzisiaj ktoś umarł? - zapytała cicho.
- Prawie każdego dnia umierają ludzie...
- Czy ty zamykasz im oczy, kiedy umierają?
- Nie zawsze...
- Ale czasem to robisz?
- Tak.
Przesunęła dłoń wyżej, ku jego powiekom i palcami zsunęła mu je na oczy.
- Czy tak się to robi? - zapytała, a potem, przerażona tym gestem, cofnęła pośpiesznie rękę od jego twarzy, wpatrując się w nią z rozszerzonymi od lęku źrenicami.
Uśmiechnęła się smętnie.
- Chciałbym żebyś zrobiła to jeszcze raz - powiedział miękko. - Kiedy umrę...
- Nie! - zawołała. - Nie, Grzegorz!...
- Chciałbym, żebyś zawsze była przy mnie. Do samej śmierci. I żebyś to zrobiła...
Znowu objęła go za szyję i przytuliła mocno twarz do jego policzka.
- Och, Grzegorz, obejmij mnie - szepnęła. 
Stali chwilę w milczeniu wsłuchując się w szum deszczu za oknem i w cichy głos fortepianu; usiedli na tapczanie i zapalili, co jakiś czas pociągając ze  szklanek wino. 
- Wiesz... - odezwała się Ewa. - Jesteś cudowny. Dzięki tobie znowu poczułam się kobietą. To wspaniałe uczucie...
Uśmiechnął się.
- Żałuję, ale nic na ten temat nie mogę powiedziec...
- Ty nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że znowu jestem z tobą... Po raz pierwszy od wielu miesięcy czuję spokój i po raz pierwszy wydaje mi się, że nic mi nie zagraża...
- Nie będziemy się oszukiwac, Ewo...
- Nie.
- Nie będziemy się okłamywac...
- Nie - powiedziała. Nigdy...
- Będziesz mogła odejśc w każdej chwili. Nie będę cię próbował zatrzymywac, ale nigdy ci nie wybaczę, jeśli raz mnie zawiedziesz...
- Dlaczego mówisz o rozstaniu?
- Wszystko się może zdarzyc - powiedział w zamyśleniu. - Ale nie okłamuj mnie i nie próbuj oszukiwac. Chcę miec dla ciebie szacunek, nawet jeśli odejdziesz. Ja wiele potrafię zrozumiec, Ewo...
- Nigdy od ciebie nie odejdę - rzuciła gwałtownie - Jeśli nie będziesz chciał tego.
Popatrzył na nią.
- Kocham cię...
- Nigdy od ciebie nie odejdę - powtórzyła z uporem jak gdyby pragnąc przekonac samą siebie. - Od wielu lat pragnęłam spotkac kogoś takiego jak ty...
- Życie jest takie krótkie...
- Nigdy od ciebie nie odejde - powtórzyła jeszcze raz. - Z nikim nie było mi tak dobrze jak z tobą. Przy tobie... Tylko przy tobie czuję się zupełnie innym człowiekiem i to jest cudowne...
Odstawiła na ziemi szklankę z winem, wzięła jego dłoń w ręce i przytuliła do twarzy, a potem nagle pocałowała, nim zdążył ją wyszarpnąc z uścisku.
- Chcesz, żebym został u ciebie? - zapytała czerwieniąc się z onieśmieleniem. - Powiedz...
- Tak - odrzekł wzruszony. - Tak...

 to trzecie to przedrzeźnianie brata fotografa ;p

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

tani romans [Ewa cz. 3]

Kierowca odwrócił głowę i zerknął na niego niepewnie.
- Nowa Huta? - zapytał.
- Tak.
Skinął głową i ostrożnie wyprowadził wóz spośród stojących po obu stronach taksówek, a gdy znalazł się już na jezdni, ruszył z miejsca na pełnym gazie, okrążając Rynek. Po chwili włączył radio. Marylin Monroe śpiewała 'Lullalby of Broadway'.
- Grzegorz, och Grzegorz...
Ewa mocno przytuliła się do niego, obejmując kurczowo dłońmi jego ramię, a on siedział sztywno, wyprostowany, pełen nieznośnego uczucia chłodu i obcości, jakich dawno nie zaznał.
- Chcesz mnie odwieźc do domu? - zapytała.
- Tak.
- Masz mnie już dośc?
- To nie ma sensu.
- Co?
- Te powroty i rozstania - odrzekł chłodno. - Zawsze wracałaś na parę dni, aby potem zniknąc z mego życia na całe miesiące. Nie chcę tego...
- Nigdy już od ciebie nie odejdę...
Potrząsnął z niedowierzaniem głową.
- Czas robi swoje... - powiedział. - Potem, kiedy wracasz, szukamy się nawzajem i nie możemy odnaleźc. Zupełnie jak dwoje zagubionych w lesie ślepców.
- Nie wierzysz mi?...
- Nie.
- Kocham cię...
- Będziemy musieli się wkrótce znowu rozstac.
- Nie - powiedziała nabrzmiałym łzami głosem. - Nigdy już się nie rozstaniemy, jeśli nie będziesz chciał tego...
- Nie chcę się z tobą rozstawac, Ewo...
- Więc się nie rozstaniemy - odrzekła cicho. - Pragnę wszystkiego, czego ty pragniesz, i zrobię, co tylko zechcesz...
- A jeśli każę ci odejśc? - zapytał.
Poczuł na swoim ramieniu zaciskające się palce Ewy, a po chwili drżenie jej ciała wstrząsanego cichym płaczem. Delikatnym ruchem uwolnił rękę, ogarnął ją ramieniem i przycisnął do piersi z gwałtowną i niecierpliwą czułością, tak długo nie zaspokojoną, i zaczął głaskac po mokrej od łez twarzy,  czując równocześnie, jak tkwiąca w nim bryła lodu zaczyna z wolna topniec i rozpływac się.
- Jeśli chcesz, odejdę - szepnęła. - Ale będę cię kochała zawsze. Wiem teraz, jaki jesteś naprawdę i już nikogo nie potrafię tak kochac jak ciebie...
Pochylił się nad nią i pocałował ją w czoło.
- Nie chcę... - odrzekł wzruszony. - Nie chcę tego...
- I nie gniewasz się już na mnie?
- O co? - zdziwił się.
- Wiesz...
- O to, co było 'Pod Krzyżykiem?' - domyślił się.
- Tak...
- Miałaś rację w tym, co mówiłaś - powiedział. - Nikt nie ma prawa osądzac twojego życia.
- Ale nie powinnam była wstawac od stolika... - powiedziała ze skruchą. - Tego nie powinnam była robic...
Milczał. Spojrzał przez szybę na mknącą ku nim szosę, prawie białą w świetle zapalonych reflektorów, a potem ujrzał ogromniejący z każdą chwilą błysk neonów na gmachach Placu Centralnego i migotanie jarzeniówek na sklepowych wystawach, w przelocie mignął mu przed oczami reklamowy slogan: 'Wszystko dla Ewy', grupa mężczyzn tłoczących się przed wejściem do 'Arkadii', i oto znaleźli się w Alei Róż. Gdy kierowca zwolnił bieg wozu i spojrzał na nich pytającym wzrokiem, nie wiedząc jeszcze, gdzie ma przystanąc, Gara skinął głową i powiedział.
- Dziękuję. Może się pan zatrzymac.
W samochodzie nie odczuwało się duchoty, jaka panowała na dworze, gdyż przez całą drogę owiewał ich wartki strumień chłodnego powietrza, wdzierającego się do auta przez uchylone wietrzniki, ale gdy wysiedli z taksówki i zagłębili się w półmrok osiedlowych alejek, a potem weszli pomiędzy wysokie domy ze stali i szkła, odczuli natychmiast ciężar tej nocy, nabrzmiałej wilgocią i dusznym, rozleniwiającym bezruchem nieba brzemiennego w deszcz, zdyszanego, postękującego głucho w bolesnej męce przeciągającego się porodu, pokracznie nachylonego nad nimi rozdętym monstrualnie brzuchem ciemnych chmur, które zdawały się wspierac ciężko o dachy mijanych domów. Klucząc jakiś czas pośród labiryntu bloków i kamiennych uliczek, wyszli w końcu na rozległą przestrzeń miejskich zieleńców, przez które przebiegał ukośnie podwójny szpaler rosochatych wierzb. Stare drzewa stanowiły w tej chwili jedyny ślad dawnego traktu czy też może niewielki fragment wiejskiej drogi wiodącej jeszcze niedawno ze wsi Mogila do wsi Bieńczyce, lecz teraz prowadzącej donikąd, od paru lat zatarasowanej stojącymi w poprzek gmachami, a nieopodal tych drzew i nieistniejącego traktu znajdowały się tereny wesołego miasteczka, choc właściwie, tak naprawdę była to tylko jego żałosna miniatura, bowiem w całości miasteczko składało się z kilku huśtawek, dwóch zdezelowanych karuzel, diabelskiego młyna i odrapanej budy-strzelnicy. Doszli w milczeniu do znajdującej się w pobliżu ławki i usiedli zwróceni twarzami w kierunku Wzgórz Krzesławickich, ponad którymi wznosiła się ogromna łuna nigdy nie gasnących ogni i ona zapewne sprawiała, że patrząc na Wzgórza odnosiło się wrażenie, jak gdyby stały w pożarach, a złudzenie pogłębiał jeszcze bardziej widok przemykających po niebie błyskawic, które z suchym trzaskiem biły w ową płomienistą poświatę i całkowicie się w niej zatracały.
- Boże, jakie to cudowne... - szepnęła Ewa. - Co za widok!
Wzięła go pod ramię i przytuliła mocno i wówczas znowu poczuł jak drży.
- Chcesz się napic wina? - zapytał.
- Chcesz... - odrzekła.
- Naprawdę masz na to ochotę w tej chwili?
- Masz...
Wydłubał scyzorykiem z butelki korek, a resztę, której nie udało mu się wyjąc, wepchnął do środka. Potem pociągnął parę łyków słodkiej malagi i podał Ewie. Popijali na zmianę, co jakiś czas popluwając odrobinami rozkruszonego korka pływającymi w winie. Butelka wędrowała nieustannie z rąk do rąk, coraz lżejsza i z każdą chwilą bardziej lepka od rozlanego płynu. Nagle uświadomił sobie, że śmieje się zupełnie bez powodu, gdyż w tym, co robili nie było w końcu nic zabawnego, a ten śmiech wcale nie był wesoły ani nawet wyzwalający z istniejącego w nim ciągle napięcia, z czego również zdał sobie sprawę po jakimś czasie, lecz zupełnie nie mógł się opanowac, co miało ten skutek, że i Ewa niespodziewanie mu zawtórowała; ale to było jeszcze gorsze, bo śmiejąc się poczuł się nagle jakby popełnił wobec niej jakieś oszustwo, wobec niej i wobec siebie także, gdyż poprzez to pierwsze, jeszcze lekkie oszołomienie alkoholem do jego świadomości dotarł wreszcie obraz ich obojga siedzących na ławce i pijących wspólnie z jednej butelki wino, obraz Ewy i jego własny, jakby on sam nie znajdował się na tej ławce i nie siedział obok Ewy, tylko stał gdzieś w pobliżu i spoglądał z pewnego oddalenia czy może lepiej - dystansu na Ewę i siebie, jak na obcą parę, a wtedy w jego pamięci pojawiło się inne, chociaż nieomal identyczne wspomnienie sprzed dwóch lat, kiedy to również nocą znaleźli się na podobnej ławce z butelką wina, którą kupił wcześniej przed wyjściem w lokalu, gdzie opijali egzamin magisterski Ewy, i pili wino pod rozgwieżdżonym czerwcowym niebem, już nieco znużeni emocjami dnia, przeciągającym się pijaństwem, ale jednak szczęśliwi, łagodni, spokojni, snujący projekty na najbliższą przyszłośc, ustalający datę własnego ślubu, rozmawiający o małżeństwie jak o czymś bardzo ważnym i prawie dokonanym, aby w kilkanaście godzin później stac się świadkami własnej klęzski, podejmującymi decyzję o rozstaniu - a więc gdy te dwa obrazy nałożyły się na siebie w nieoczekiwanym, pełnym goryczy i rozżalenia przypomnieniu, nie mógł się nie śmiac z siebie, ze swojej ufności, wiary w szczęśliwą chwilę, ze złudnych nadziei, jakie mu towarzyszyły wówczas; ale również musiał śmiac się z Ewy. - Och, do licha! - pomyślał, gdy już ochłonął nieco. - Co za historia! Dobrze, że przynajmniej nie gadamy... - Ewa również przestała się śmiac i podała mu butelkę. Wówczas stało się z nim coś nieprawdopodobnego, czego nigdy nie zaznał, a przynajmniej nie odczuwał w tak dotkliwy i bolesny sposób. Otóż właśnie w tym momencie, gdy odbierał id niej opóźnioną niemal do dla flaszkę, z chlupoczącą resztką malagi, najpierw do jego uszu, w których jeszcze pobrzmiewał mu własny śmiech i Ewy, dobiegł  żałosny skrzyp chyboczącej na wietrze lampy, która wisiała uwiązana do słupa, oświetlając teren wesołego miasteczka, donośny, niepokojący w ciszy, jaka wokoło nich panowała, a w tym samym momencie posłyszał równie przejmujący, pełen smutku głos skrzypiec, a także gwałtowny i niespodziewany powiew burzowego wiatru nasiąkniętego wilgocią, i jeszcze ujrzał rozkołysany szeroko błysk i na przemian cień lampy - i  to było właśnie niesamowite, że dotarło wszystko do niego równoczześnie, błysk światła i cień, donośny skrzyp lampy, głos żalących się skrzypiec i chłodny podmuch wiatru, wtedy odczuł w zmysłowy prawie sposób przemijanie czasu i to doznanie stało się dla niego tak silnie ogłuszające, jak z bliska eksplozja lub uderzenie piorunu. Wówczas z rozpaczą uświadomił sobie, że będzie musiał umrzec, odejśc z tej ziemi czy może tylko w niej się pogrążyc na zawsze, i że, byc może, kiedyś po latach, gdy już go nie będzie na tym samym miejscu ktoś inny, już go nie będzie, ktoś inny będzie słuchac przeraźliwego skrzypienia tej samej lampy, nostalgicznego śpiewu skrzypiec grających tę samą solówkę pierwszej części koncertu Mendelssohna, ktoś inny przyglądac się będzie owej zmiennej i ruchliwej grze światła i cienia, aby wreszcie z ulgą przyjąc dzikie porywy wiatru, cwałującego ze Wzgórz Krzesławickich w stronę miasta, leżacego w dusznym i parnym bezruchu. - A mnie już nie będzie - myślał z przejmującym bólem. Po mnie nie pozostanie nawet ślad. Już mnie nie będzie...

sobota, 20 sierpnia 2011

tani romans [Ewa cz. 2]

Skręcili przy Floriańskiej i weszli na linię A-B. Szli w cieniu akacjowych drzew ciągnących się długim rzędem wzdłuż chodnika po tej stronie Rynku. W miodosytni 'Pod Krzyżykiem' było pusto, nie licząc trzech mężczyzn siedzących w głębi sali, z których jeden już spał, wspierając się o skraj stołu, a dwaj pozostali trwali w ponurym, pijackim zamyśleniu nad karafką wódki. Ewa machinalnie podeszła do stolika, gdzie zwykli byli siadac, znajdującego się nie opodal bufetu, tuż za kamiennym filarem podtrzymujący piękny, beczkowy strop. Nie zdążyli usiąsc, gdy pojawił się przy nich uśmiechnięty kelner.
- Dobry wieczór państwu - powitał ich wesoło. - Dawno państwo nie zaglądaliście do nas... No, ale to nic dziwnego. Urlopy, wakacje... W lecie zawsze świeci u nas pustkami... Czym mogę służyc?
Krzątał się gorliwie, omiatając ściereczką czysty obrus, poprawiał krzywo ustawione krzesła, zmienił popielniczkę, ruchliwy i pełen niewyczerpalnej energii.
- Będziesz coś jadła? - zwrócił się do Ewy?
- Nie. Jestem po kolacji.
Gara spojrzał na kelnera.
- Proszę, niech nam pan poda karafkę wódki - powiedział.
- Wódeczka jest - odrzekł szybko kelner. - Zimna. Dobra.
- Świetnie.
- Czy zakąseczkę również podac?
- Jak zwykle.
- Fasola z pieprzem jest. Już podaję.
Ruszył od stolika prawie biegiem. Ewa odprowadziła go rozweselonym wzrokiem.
- No to co, Franuś? - dobiegło ich z kąta sali.
- Chyba sobie chluśniem, bo inaczej uśniem...
- Za co pijemy?
- Za jedną nereczkę, za drugą i za wątróbkę...
- Może byc...
- No to cyk...
Kelner pojawił się wkrótce przy stoliku, niosąc grube ziarna białej fasoli obsypane z wierzchu mielonym pieprzem, ustawił przed nimi talerzyki i kieliszki, a potem obrzucił stół krytycznym spojrzeniem.
- Fasola jest - meldował. - Kieliszki są. Wódka zaraz będzie. Zimna. Z lodu.
Zawrócił gwałtownie w miejscu i pobiegł w kierunku bufetu. Ewa roześmiała się serdecznie. Nagle coś się stało. To było zupełnie, jak gdyby pękły skuwające rzekę lodowe zapory, a woda grożąca wylewem ruszyła z szumem swoim zwykłym korytem. Bo i on również w tej chwili śmiał się, właściwie bez szczególnego powodu, ale natychmiast odczuł ulgę, a gdy przy stoliku pojawił się znowu kelner, popatrzył na Ewę ciepło, z dawną nieomal sympatią.
- Wódeczka jest - stwierdził triumfalnie kelner nalewając do kieliszków. Odstawiwszy karafkę, spojrzał na nich wyczekująco. Ewa dotknęła dłonią pękatej karafki. Uniosła wzrok na kelnera i stwierdziła z udaną powagą:
- Zimna. Z lodu.
- A nie mówiłem? - ucieszył się zadowolony. - Jak powiedziałem 'jest' to jest...
Odszedł z głębokim ukłonem, drobnym, nerwowym krokiem. Wypili w milczeniu. Gara napełnił natychmiast opróżnione kieliszki. Kelner uruchomił milczące do tej pory radiolę. Z głośników przypłynął do nich głos gitar. Na salę wdarła się hałaśliwa czereda studentów. Śmiejąc się i pokrzykując zajmowali miejsca przy stolikach. "Kobieto, jeśli potrafisz rozmawiac z Bogiem, przybądź na moje wołanie" - śpiewał Luis Alberto del Parana. - "Chociaż wiem, że jeśli się nawet przy mnie zjawisz, moje serce nie przestanie  nadal byc samotne"...
- Grzegorz... - wyszeptała nagle Ewa. - Grzegorz...
Spojrzał ponad stolikiem na jej wzruszoną twarz.
- Pocałuj mnie.
Ujął jej twarz w obie dłonie i pocałował w czoło.
- Wiesz?... - zająknęła się. - Uwierzyłam w to, co mówiłeś do mnie przedwczoraj.
Uśmiechnął się.
- Jestem zręcznym kłamcą, Ewo! - powiedział.
- Dlaczego kłamałeś?
- Broniłem się.
- Przed czym?
- Przed tobą - odrzekł w zamyśleniu, teraz już całkowicie łagodniejąc. - Przed miłością...
- Nie chcesz mnie kochac?
- Kocham cię - powiedział spokojnie. - Kochałem cię zanim się poznaliśmy... Już wtedy... I chyba nigdy nie potrafię się z tego wyzwolic...
Uśmiechnęła się uszczęśliwiona.
- Przed miłością nie trzeba się bronic - powiedziała cicho.
Sięgnął po kieliszek.
- Jestem bardzo zmęczony - stwierdził znużonym głosem, niemal żałośnie. - Nie chcę więcej cierpiec. Pragnę tylko ciszy i spokoju...
Ewa położyła na jego dłoni, obejmując kieliszek, rękę.
- Kochany... - szepnęła - Mój drogi... Wiesz... Ja tak bardzo... Codziennie pisałam do ciebie listy... Mam ich w domu całą furę... Tak bardzo pragnęłam byc znowu z tobą.
Milczał. Słyszał rosnący za plecami gwar. Co jakiś czas na sali wybuchał gromki śmiech, swobodny i niczym nie skrępowany. Drażniący chichot rozanielonych dziewcząt. Butne, pewne siebie głosy młodości. Przymilne i natarczywe gdakanie kur. Pełne triumfu pianie nastroszonych i zadziornych kogucików. - Gdybym mógł jej zaufac... - pomyślał. - Gdybym mógł jej znowu uwierzyc...
Ewa uniosła do góry kieliszek.
- Za nasze spotkanie - powiedziała z rozjaśnioną twarzą. - Strasznie się cieszę, że jestem z tobą...
Wypili.
- Nie będziesz miała przykrości? - zapytał ostrożnie.
Popatrzyła na niego zdziwiona.
- O czym myślisz?
Zawahał się.
- Mogą mu powiedziec, że nas widziano razem - odrzekł pochmurnie.
- Więc co z tego?
- Och, wiesz przecież sama najlepiej. Wkrótce wszystko znowu zacznie się od nowa. Tak jak zwykle do tej pory...
Potrząsnęła przecząco głową.
- Nie Grzegorz... - powiedziała. - Nie. Wierz mi, proszę...
-Co?
- Skończyłam z nim. Skończyłam z nim ostatecznie. Zdaje się, że tym razem wreszcie zrozumiał, bo w ogóle nie pokazał mi się od paru miesięcy na oczy...
Po jego twarzy przemknął lekki grymas.
- Od paru miesięcy? - upewniał się z niedowierzaniem.
- No, od trzech, powiedzmy...
Podsunęła mu opróżniony kieliszek. Napełnił go, a potem także nalał sobie i wypił, zagryzając fasolą z pieprzem. - On się wkrótce znowu zjawi - pomyślał z niechęcią. - Jak tylko dowie się, że jesteśmy razem - Nabił na wykałaczkę dwa grube ziarna fasoli, włożył do ust i zaczął z wolna żuc, czując równocześnie wzmagające w podniebieniu pieczenie. Sięgnął po karafkę i rozlał do kieliszków resztę wódki. W gruncie rzeczy wszystko było niepojęte, ciemne, zawiłe, że nigdy nie był w stanie zupełnie się w tym połapac. Bo o cóż właściwie chodziło? Czemu dotąd nie potrafiła się uwolnic od natrętnej i uciążliwej obecności tego człowieka, którym szczerze pogardzała, którego nie znosiła, który budził w niej fizyczny wstręt? Ale czy tylko to? Czy nie było tu również upokarzającej litości, goryczy, żalu z powodu zmarnowanej egzystencji człowieka, którego kiedyś kochała? - może nawet kryła się w tym nadzieja, że właśnie ona, jedna jedyna na świecie, gotowa do poświęcenia i podjęcia szaleńczej próby, potrafi go ocalic? Ale czyż nie zdawała sobie sprawy , jak beznadziejne były wszystkie jej wysiłki, wiodące do celu? Czy nigdy nie przyszło jej na myśl, jaki bezmiar udręki ją czekał? Nie wiedziała, czy może tylko nie chciała w to uwierzyc, że wszystkie jej usiłowania i zamierzenia z góry skazane są na niepowodzenie?
- Masz papierosa?
- Mam.
- Możesz mnie poczęstowac?
- Oczywiście.
Podał jej papierosa, ognia, sam także zapalił. Przypomniał sobie, że ilekroc starał się dotrzec do źródła jej niepojętych i zadziwiających decyzji, czuł się zwykle, jak gdyby wkraczał w ciemnośc, a im dalej zagłębiał się w jej życie, poszukując chocby najmniejszego błysku światła, tym większy ogarniał go mrok. Nic o niej pewnego nie wiedział. Nigdy niczego naprawdę nie rozumiał. Był całkowicie bezradny. Nie miał nawet pojęcia, jak mógłby jej pomóc. Tym więcej że nieustannie napotykał twardy i nieprzyjazny mur milczenia. A jeśli udało mu się cokolwiek odkryc - były to same sprzeczności. Gdyby przynajmniej mógł zrozumiec coś z tego, co dotyczyło owego absurdalnego związku, byc może byłoby mu lżej. Ale Ewa uporczywie uchylała się od jakichkolwiek wyjaśnień. Wprawdzie wiedział, że kochała kiedyś Kubę. Sama opowiedziała mu o tym. Ten okres w jej życiu wydawał mu się najjaśniejszy. Lecz cóż to była za historia? Nie miała wówczas więcej niż siedemnaście lat. Co mogła wiedziec wtedy o życiu - dopiero w nie wkraczając? Jakimi kryteriami miała się kierowac wobec zadziwiającego przecież doświadczenia, którym musiała się stac dla niej pierwsza miłośc? Co czuła w owym czasie ta wrażliwa i delikatna istota o nierzeczywistej twarzy gotyckiego anioła, jakie widuje się czasem na starych rzeźbach, niewinna, ufnie wkraczająca w życie, lecz nie posiadająca o tym życiu żadnej, powierzchownej nawet wiedzy, całkowicie nie przygotowana na rozliczne niebezpieczeństwa i zasadzki, jakie oczekiwały na nią, poruszającą się po świecie po trosze jak po rajskim ogrodzie albo jak po mitycznej krainie szczęścia, Arkadii, gdzie człowiek nie musiał czuc się zagrożony? Jaka ona była? Nie znał Ewy w tym okresie. Mógł sobie jednak doskonale wyobrazic jej zdziwione i zawsze jakby nieprzytomne spojrzenie, jakim patrzyła na świat i na ludzi. To w niej zresztą zostało. Nawet teraz, gdy spoglądał na nią, nie był całkowicie pewien, czy siedząc z nim w zadymionej, hałaśliwej knajpce, trzymając w jednej ręce dopalającego się papierosa, drugą obejmując już na wpół opróżniony kieliszek wódki, równocześnie nie wędruje myślami po bardzo odległych od tego miejsca krainach marzenia, do których on nie miał wstępu i nawet, gdyby to było możliwe, nigdy nie próbowałby się do nich wedrzec. Gdzie była w tej chwili? Jak daleko? Kto jej towarzyszył? On - czy może Kuba?
Patrząc na nią spostrzegł, jak jej twarz raptownie zmienia wyraz, staje się nieufna i podejrzliwa.
- Czemu tak mi się przyglądasz? - zapytała twardym, pełnym nie ukrywanej niechęci głosem. - Co?... Sprawiasz w tej chwili wrażenie, jakbyś odprawiał nade mną sąd - ciągnęła niemal ze złością. - Wyglądasz jak inkwizytor, rozważający problem winy i kary...
Rzucił jej zdziwione spojrzenie.
- A gdyby nawet tak było? - przyznał poważnie, bez uśmiechu. - Uważasz, że nie mam prawa tego robic?... Piła wódkę, przechyliwszy do tyłu głowę, obserwując go spod przymrużonych powiek z nie tajoną wrogością. Odstawiła na stolik opróżniony kieliszek, sięgnęła ręką ku popielniczce i z pasją zaczęła rozgniatac niedopałek papierosa.
- Nikt nie ma prawa tego robic!- wybuchnęła. - Rozumiesz? Nikt. Ani w niebie, ani na ziemi, ani w piekle. Nikt nie ma prawa osądzic mojego życia...
Poderwała się z krzesła, jak spłoszony ptak podrywa się nagle z gałęzi do odlotu, ale złapał ją wtedy za rękę i jednym mocnym szarpnięciem posadził na krześle.
- Spokojnie... - powiedział zimno. - Wyjdziemy stąd razem. Potem zrobisz, co zechcesz...
Przywołał skinieniem ręki kelnera. Podbiegł do nich truchcikiem, jak zwykle uśmiechnięty i przyjazny. Gara wyciągnął portfel.
- Rachuneczek jest! - zawołał kelner wesoło, kładąc na stoliku wyrwany z bloku paragon.

 Kiedy wyszli na ulicę, Ewa była bliska płaczu. W milczeniu skierował się ku postojowi taksówek, które stały długim rzędem nie opodal Sukiennic, pełen rozdrażnienia i na nowo obudzonej niechęci do dziewczyny. - To beznadziejne - myślał. - Nigdy już jej nie uwierzę... - Wsiedli do czarnej wołgi. Ułożył na siedzeniu butelkę malagi, kupioną przy wejściu z miodosytni i zatrzaskując drzwi, rzucił kierowcy:
- Aleją Róż...

środa, 3 sierpnia 2011

Ewa [cz.1]

- Poszedłbyś ze mną na jedną wódkę, co?
- Czemu nie? - zgodził się chętnie Gara. - Jestem już wolny.
- Gdzie pójdziemy?
- 'Pod lipy'
- Przecież tam nie podają wódki!
- Ale mają koniak...
- O, nie, bracie! - zaśmiał się Gara. - To nie na moją kieszeń...
Filip klepnął go przyjaźnie po ramieniu.
- Nic się nie martw, stary - powiedział. - Tym razem ja stawiam. Wziąłem ostatnio dużą premię...
Wzruszył lekko ramionami.
- Och, w końcu jeśli masz wielką ochotę na koniak...
- Mam - zarżał niespodziewanie hałaśliwie Filip. - Mam właśnie straszliwą i nieprzymuszoną ochotę strzelić sobie większego gola...
- Dobra - powiedział Gara spoglądając na niego spod oka. - Jak chcesz możemy pójśc 'Pod lipy'...

Słońce już zaszło, skryło się za ciemniejący horyzont, ale na dworze ciągle jeszcze było gorąco. Gdy zgłębili się pomiędzy bloki Osiedla na Skarpie, wionął na nich duszny, burzowy wiatr, niosący z sobą woń dojrzewających pomiędzy murami sadów i cierpki zapach świeżo skoszonej trawy. Szli szybko, w milczeniu, błądząc wśród zielonego labiryntu zieleńców, poprzecinanych krętymi traktami dróg osiedlowych.  W oknach mijanych okien zapłonęły pierwsze światła, jak ostrzegający sygnał przed nocą, która miała dopiero nadejśc.
Doszli w końcu do Placu Centralnego i skierowali się ku Alei Róż, gdzie znajdował postój taksówek. Na otaczających plac gmachach zapłonęły natrętnie krzykliwe neony, pod arkadami z szarego kamienia ćmiły niebieskawym światłem jarzeniówki. Gwarny tłum wypełniał szerokie chodniki, kotłował się u wejśc do sklepów i magazynów, przelewał na skrzyżowaniach ruchliwych jezdni falą, powstrzymywaną i znowu ruszającą wartkim strumieniem na drugi brzeg. Na postoju nie znaleźli ani jednej taksówki. Zawrócili więc i poszli na przystanek autobusowy. Gara błądził zamyślonym spojrzeniem po oświetlonych wystawach sklepów. 'PDH Jubliler' . Zatrzymał wzrok na jarzących się kolorowymi błyskami ruskich koliach. Fałszywe brylanty oprawione w fałszywą platynę, a nad nimi napis ciągnący się wzdłuż szyby: "Wszystko dla Ewy". Roześmiał się na głos. "Wszystko dla Ewy". Filip spojrzał na niego zdziwiony.
- Co się stało, Grzegorz?
- Nic, stary - odrzekł Gara. - Wszystko w porządku.

Wsiedli do autobusu popychani niecierpliwie przez tłoczących się w przejściu podróżnych. Filip krzywił się niechętnie, przyparty do metalowej poręczy oparcia. O czym myślał w tej chwili? O swoich wyczyszczonych na wysoki połysk butach? O tym, że za chwilę wysiądzie z autobusu już nie taki świeży i nienagannie wytworny, w swoim idealnie odprasowanym garniturze? A może po prostu zastanawiał się nad nonsensowną w końcu wyprawą 'Pod lipy', skoro mogli wypic na miejscu. W 'Arkadii' również można było dostac koniak. - Wszystko dla Ewy - myślał Gara. - Śmieszne.
Domy uciekały w tył, coraz dalej i dalej, w półkolistym wirowaniu ziemi. Zapalające się i na przemian gasnące latarenki okien. Z ulgą przyjmował fakt, że nie musi jeszcze wracac do pustego mieszkania. Pochwycił badawcze spojrzenie Filipa i uśmiechnął się do niego. Filip odpowiedział mu natychmiast łobuzerskim mrugnięciem. Jego ciemna, ogorzała twarz rozpogodziła się teraz.

Oto Główny Rynek. Nareszcie. Wysiedli przy linii A-B, na wprost sklepu 'Jublier'. Gara zerknął nieufnie na wystawę. Natknął się na wzgardliwe i jakby ironicznie wejrzenie obwieszczonej błyskotkami damy, która spoglądała na niego z portretu oprawionego w grube, złocone ramy. Filip przytupując z lekka butami, doprowadził do ładu wymiętoszoną w czasie drogi garderobę. Poprawił rozluźniony krawat, zapiął marynarkę, a potem ujął go pod ramię i pociągnął ze sobą.
 - Chryste! - jęknął z komiczną powagą. - Powinniśmy byli poczekac na taksówkę. W końcu na pewno złapałoby się jakąś. Jazda autobusem czy tramwajem w takich warunkach to naprawdę nic zabawnego. Gorąco, duszno, ścisk taki, że człowiek dosłownie nie może nawet sobie swobodnie odetchnąc. Zupełnie jak w parówce...
Gara milczał. - Och, dobrze! - myślał. - Dobrze. Ale przestań już. Przestań nudzic. - Szli obok siebie, przecinając na ukos rozległy plac, gdzie stały stragany kwiaciarek, kubły z wodą i całe stosy złożonej na ziemi jedliny. W parnym powietrzu unosiła się smutna woń zapuszczonych cmentarzy, przywiędłych już nieco wieńców nagrobnych z czarno-złotymi szarfami, zeschłych i nikomu niepotrzebnych kwiatów. Z wieży kościoła Mariackiego rozległo się bicie zegara, a tuż pod nim odezwała się ratuszowa wieża i wkrótce na miasto spłynęła nostalgiczna śpiewnośc bijących pod ciemniejącym niebem dzwonów. Popatrzył w górę, a potem przesunął wzrokiem po otaczających Rynek renesansowych kamieniczkach, przeniósł go na mały, stojący wśród akacjowych drzew kościółek Św. Wojciecha, wreszcie, gdy już znaleźli się u wejścia wiodącego 'Pod lipy', zatrzymał się przez dłuższą chwilę spojrzenie na Sukiennicach, które z podświetlonymi gazowym światłem łukami arkad, stały na wpół cieniu, a do połowy oświetlone, wspierając się jak gdyby na kamiennych kolumnach, opatrzonych głowicami z liści akantu. Wydawały mu się w tej chwili prawie nierzeczywiste, jak przypomnienie snu albo może jak lekka i krucha materia dekoracji z papieru go origami.
- Halo, Grzegorz... - zawołał z głębi długiego korytarza Filip. - Co się stało? Czemu nie idziesz?
- Nic, stary. Nic się nie stało.

Jak przypuszczał, wszystkie stoliki były już zajęte. Stali w ruchliwym tłumie młodych ludzi - którzy z braku miejsca krążyli wyczekująco w pobliżu parkietu do tańca i rozglądali się wokoło w nadziei, że może gdzieś znajdzie się jakiś stolik z dwoma fotelikami, gdzie mogliby przysiąśc. Ustawiona w kącie obok parkietu szafa grająca zadudniła basowo, rozległ się narastający huk kotłów i werblii, ponad który wzbił się wkrótce ostry i przejmująco czysty głos trąbki nawołującej na corridę. a potem raptownie odezwały się w suchym rytmicznym trzasku kastaniety i orkiestra zagrała efektowne pasodoble. Przy stolikach wszczął się gorączkowy ruch. Pary, przepychając się pomiędzy ciasno ustawionymi stolikami, schodziły na parkiet. Gara odwrócił głowę i popatrzył wyczekująco na Filipa.
- Idziemy stąd? - zagadnął.
Filip potrząsnął głową.
- Zaczekaj - powiedział. - Skoczę tylko na moment do baru. Może tam coś znajdziemy...
Ruszył czym prędzej ku stopniom wiodącym w dół do piwnicy i baru, jakby w obawie, że zostanie powstrzymany, niemal w popłochu. Gara popatrzył za nim niespokojnie. - Co mu się stało u licha? - pomyślał zdziwiony. - Sprawia takie wrażenie... Nie ucieka chyba przed nikim?
- Grzegorz... - usłyszał tuż obok siebie głos Ewy. - Grzegorz... Boże, jak się cieszę....

Odwrócił się powoli całym ciałem, jak automat, na zesztywniałych zupełnie nogach, czując postępujące ku górze mrowienie policzków, zdając sobie nagle sprawę, że blednie, że staje się żałośnie bezradny, zbyt wstrząśnięty tym niespodziewanym, zaskakującym spotkaniem, na które nie był zupełnie przygotowany, aby móc w porę się opanowac, a przynajmniej nie dac poznac po sobie jak silne wywarło to na nim wrażenie. Ale oto znowu była przy nim. Niebezpiecznie bliska, na nowo mu zagrażająca. Wpatrywał się w jej twarz, oszołomiony, niezupełnie przytomnym wzrokiem, widząc ją jak gdyby przesłoniętą szarym woalem - wymizerowaną, bladą i ogromnie smutną, ale nie czuł już owej szaleńczej prawie radości, jakiej doznał wcześniej, tylko odnajdował w sobie pustkę i gorycz rozczarowania, jakie ogarnęły go na widok Filipa. - On przed Ewą umknął! - przyszło mu nagle do myśl. - Ale dlaczego? - Spojrzał ponad jej głową w kierunku parkietu. Tłum trząsł się, skakał, podrygiwał niby w somnambulicznym śnie, bez powodzenia usiłując złapac właściwy rytm, co było prawie niemożliwe, skoro jedni poruszali się w wyimaginowanym tangu, inni tańczyli fokstrota, a reszta wykonywała żywiołowo rock and roll... W sumie dawało to niesłychanie komiczny efekt, gdyż orkiestra ciągle jeszcze grała pasodoble, lecz tańczący w ogóle zdawali się o tym nie wiedziec, zafascynowani samym ruchem, możliwością swobodnego improwizowania, wspólną im wszystkim potrzebą tańca. W rzeczywistości jednak to, co wyczyniali w tej chwili na zatłoczonym parkiecie, tańcem nie było, w każdym razie nie można było tak nazwac zgiełkliwego chaosu, jaki trwał od paru minut.

- Grzegorz... - szepnęła Ewa, dotykając dłonią jego piersi. - Grzegorz, posłuchaj mnie... Ja tak wiele myślałam o tym...
Na twarzy Ewy pojawił się wyraz czułości. - Czego  ja właściwie chcę? - pomyślał chłodno. - Co się ze mną dzieje\/ - Nie umiał wytłumaczyc sobie niechęci i rozczarowania, jakie odczuwał w stosunku do Ewy. A może to był po prostu zwyczajny lęk? Ten star, zadawniony i tak dobrze mu znany strach przed nowymi komplikacjami, obawa, że znowu jej uwierzy i jeszcze raz zostanie oszukany, a wtedy wszystko potoczy się, jak dotychczas, tymi samymi torami? Ile razy można tracic zaufanie do tego samego człowieka, a potem na powrót je odzyskiwac? Jak długo można rozdrapywac tę samą ranę? Dokąd można cierpiec, nie wyzbywając się wszelkiej nadziei?
- Nic się nie zmieniło - powiedział, odwracając spojrzenie od jej twarzy. - Jestem ciągle taki sam. Po tym wyznaniu, jakie ci uczyniłem, powinnaś mnie znienawidzic...
- Kłamałeś, Grzegorz...
- Nie - odrzekł twardo. - Byłem pijamy wprawdzie, ale nie kłamałem.
- Owszem, kłamałeś...
- Nie.
- A więc dobrze - zgodziła się po namyśle. - Mówiłeś prawdę. Tylko, że to w niczym nie dotyczyło twojego życia. Opowiedziałeś mi historię innego człowieka...
- Tak sądzisz?
- Jestem tego pewna. Nie o sobie mówiłeś....
- A może się mylisz?
- Nie - odrzekła stanowczym tonem. - Filip mi opowiedział wszystko o tobie...
- Ach, to dlatego uciekł do baru - pomyślał z niechęcią, a potem w nagłym olśnieniu zrozumiał nieoczekiwaną wizytę Filipa, jego uporczywie podtrzymywaną propozycję udania się 'Pod lipy', wreszcie spotkanie z Ewą, wcale nie przypadkowe, jak początkowo sądził.
- Cholerny drań! - mruknął w posępnej zadumie. - Jak on śmiał...
- Och Grzegorz, proszę... Nie mów tak. Filip jest ci bardzo oddany. On tylko chciał nam pomóc.
- Nie powinien był nic mówic na mój temat.
- Grzegorz - powiedziała Ewa. - Nie mów tak. Nie chcę żebyś tak mówił...
Skrzywiła się żałośnie i wtedy pomyślał, że zaraz się rozpłacze. Odwrócił spojrzenie od jej twarzy. Na sali coraz bardziej wzmagał się gwar rozbawionych ludzi. Grająca szafa dudniła na pełnych obrotach. Pomiędzy stolikami krążyli niespokojnie młodzieńcy w ciemnych okularach w poszukiwaniu partnerek do tańca. Nad zatłoczonym parkietem unosiły się smugi papierosowego dymu. Nagle usłyszał cichy, stłumiony śmiech Ewy. Popatrzył na nią zdziwiony.
- Wiesz?... - zaczęła. - To bardzo śmieszne...
- Co?
- Ta sala - wyjaśniła. - Ci ludzie. Do tej chwili naliczyłam już ośmiu Cybulskich i trzech Łomnickich z utlenionymi fryzurami. Czy to nie zabawne?
Milczał.
- Powiedz, po co oni to robią?
- Nie wiem.
- Są przecież śmieszni...
- Nie wiedzą o tym. Nikt im tego nie mówi.
Rozpieszczone dzieci Demokracji Ludowej - pomyślał smętnie - Nawet bawią się na koszt państwa, za otrzymywane stypendia....
- Grzegorz, chodźmy stąd... - powiedziała Ewa. - Tu nie jest dobrze.
Przepchnęli się przez zagradzający im drogę do wyjścia tłum. Na chwilę przystanęli. Zwrócił się ku Ewie i nagle zauważył, jak, stojąc wsparta niedbale o barierkę, wpatruje się roztargnionym wzrokiem w ułożone na wiklinowym koszu wiązanki kwiatów, które zachwalał jakiś dobrze już podpity i nieprawdopodobnie niechlujny facet. Bez zastanowienia wybrał wiązankę czerwonych róż i podał je Ewie. Rzuciła mu niepewne, trochę jakby zdziwione spojrzenie i przyjęła kwiaty bez słowa.
- Ile? - zagadnął wymiętoszonego osobnika.
- Trzy dychy się należy, szefie - wychrypiał tamten. - Taniocha...
Szli w milczeniu, kierując się ku ulicy Floriańskiej. Przed nimi leżał opustoszały, cichy Rynek. Pora nie była jeszcze późna, ale znużeni całodziennym upałem ludzie skryli się w swoich domach, uciekając zapewne również przed parnym i lepkim powietrzem, które zapowiadało burzę. Zresztą słyszał już w tej chwili dalekie dudnienie grzmotów. Raptem ogarnęło go jakieś dziwne, nienaturalne podniecenie. - Muszę coś wypic - pomyślał. - Może alkohol sprawi, że pozbędę się tego chłodu... - Doszli do ulicy Siennej. Przed nimi wynurzyła się mroczna bryła kościoła Mariackiego. Przeszli na drugą stronę jezdni "Teatr Ludowy w Nowej Hucie. 'Myszy i ludzie' - wznowienie". Wyminęli stojący na rogu słup reklamowy, oblepiony afiszami. Z wystawy księgarni przy Placu Mariackim wołały ku nim barwne okładki wyłożonych jasno oświetloną szybą nowości. Wówczas nagle zdał sobie sprawę, że nigdy do tej pory nie ofiarował Ewie żadnej książki. Wydało mu się to bardzo dziwne. Zwykle obdarowywał ją drobnymi, nic nie znaczącymi przedmiotami: kupował jej jakieś śmieszne mechate kotki, mikroskopijne laleczki, małe kolorowe piłki, długopisy z wielobarwnymi wkładkami, miniatury zabawek dla dzieci... Kwiaty również. Ale czemu nigdy nie przyszło mu na myśl, aby obdarowac ją książkami? Tym więcej, że poświęcali im tak wiele czasu we wspólnych rozmowach. Miał jeszcze dobrze w pamięci wieczorne, nieraz przeciągające się w noc, a czasem nawet trwające do samego świtu rozważania, jakie wiedli nad przeczytanymi książkami, popijając wino przy cichej muzyce. Albo czytali na głos wiersze, czy raczej on je czytał Ewie, albo znużeni rozmową, słuchali Sonaty Księżycowej Beethovena. To było dobre. Bardzo dobre. Wewnętrznie oczyszczające jak wielkanocna spowiedź wierzącego drania  albo jak wyjście z ciepłej kąpieli po długiej i męczącej podróży. Mówili również i o tym. Ewa zaproponowała nawet kiedyś, aby to miejsce w pokoju, w którym stały: radio, adapter i magnetofon - nazwac "konfesjonałem ateisty".
O czym zresztą nie rozmawiali w tym czasie, między jednym i drugim rozstaniem? W parnej ciszy znowu odezwał się grzmot, tym razem już bliżej i przetoczył się po ciemnym niebie jak głos kotłów i werbli monstrualnej orkiestry. Ewa prawie podświadomym gestem chwyciła go kurczowo za ramię, a gdy głuche dudnienie grzmotu umilkło gdzieś za dachami domów, odetchnęła z widoczną ulgą.
- Będzie deszcz - powiedziała. - A my nie mamy nawet parasola...
Skinął głową.
- Niechby trochę popadało - odrzekł, a po chwili zapytał miękko: - Boisz się?
- Lubię kiedy pada deszcz...


PATETYCZNIE RZECZ UJMUJĄC - CIĄG DALSZY NASTĄPI...

wtorek, 19 lipca 2011

Nieznajomi.

Rozejrzał się bezradnie wokoło, szukając miejsca, gdzie by mógł złożyć trzymane w rękach rzeczy, gdyż nagle poczuł się z nimi niezgrabnie.

- Pan szuka kogoś? - zapytała dziewczyna.
Potrząsnął głową.
- Nie - odrzekł. - Jestem sam...
- A więc proszę, niech pan usiądzie - powiedziała szybko dziewczyna i jej głos zadrgał nieznacznie. - Na kocu jest dość miejsca dla dwojga osób. Zmieścimy się doskonale...

    Zawahał się przez moment, a potem wszedł w seledynowe półcienie chińskich ogrodów, pomiędzy gąszcz lian i tropikalnych drzew, znieruchomiałych w bezwietrznym upale wysmukłych palm z przygiętymi łukowato ku ziemi, pierzastymi czapami koron, z nagła otoczony wrzaskliwą czeredą jaskrawo ubarwionego ptactwa, a gdy dotarł w głąb dżungli i znalazł się już nieomal w samym jej środku, złożył na ziemi ubranie i ostrożnie usiadł pośród drzew bananowca.

  Dziewczyna sięgnęła do torby plażowej i wyjęła paczkę papierosów. Poczęstowała go w milczeniu. Zapalili. Nagle spostrzegł, że ręka, w której trzymała papierosa, drży. Spojrzał na nią uważnie, próbując popatrzeć jej w oczy, ale dziewczyna odwróciła twarz.

- Czemu pan na mnie tak patrzy?
- Pani jest bardzo piękna - powiedział z westchnieniem. - Naprawdę...
- I cóż z tego? - zapytała nieoczekiwanie twardym i nieprzyjemnym tonem. - Po co mi pan to mówi?...
Popatrzył na nią zdziwiony.
- Nic z tego - odrzekł spokojnie. - Stwierdzam oczywisty fakt.
- Dziękuję.
- Nie ma za co - odrzekł z żartobliwym błyskiem w oczach. - To naprawdę drobiazg dla mnie...
Roześmiała się.
- Ładnie pan to powiedział.

Westchnął i wyciągnął się wygodnie na wznak, przymykając powieki, gdyż słońce świeciło mu w tej chwili prosto w twarz.
- Kiedy byłem małym chłopcem - podjął po chwili - wydawało mi się, że piękno i szczęście są nierozłączne i zawsze chodzą ze sobą w parze. Ogromnie mi było żal ludzi brzydkich, kalekich, naznaczonych jakimiś skazami. Współczułem im. Byłem wówczas głęboko o tym przeświadczony, że nie mogą być nigdy szczęśliwi. Oczywiście, to nieprawda...
- Tak...
- Okropnie jest wierzyć w takie rzeczy... Nie uważa pani?
- Nie.
Zamilkli. Sądził przez pewien czas, że dziewczyna leży obok niego, podobnie jak on, zwrócona twarzą ku słońcu, ale gdy doszedł go jej ciepły, łagodny głos, nie z boku ani z dołu, tylko z góry, jak gdyby stała nad nim w tej chwili, wiedział już, że nie zmieniła pierwotnej pozycji, siedząc w bananowym gaju, otoczona rojem kolorowych papużek.

- Niech mi pan jeszcze coś opowie...
- Ale co?
- Kiedy pan był chłopcem, w co pan jeszcze wierzył?
- W anioły...
- W jakie anioły?
- Normalne. Takie, jakie widuje się na kościelnych malowidłach, ze skrzydłami u ramion, odziane w białe powłóczyste tuniki.
- I w co pan jeszcze wierzył?
- Że każdy człowiek ma własnego anioła, który w dzień i w nocy czuwa nad jego bezpieczeństwem, no i w ogóle... Wierzyłem wtedy w różne rzeczy. Wierzyłem na przykład, że jak człowiek popełni coś złego, jego anioł staje się smutny  i płacze, a czasem nawet odchodzi na zawsze i już nigdy nie wraca. Zawsze się tego najbardziej obawiałem, aby nie utracić swego anioła i codziennie sprawdzałem, czy on przypadkiem ode mnie nie odszedł...
- Jak pan to mógł sprawdzić? Przecież pan nie mógł go widzieć...
- Owszem. Widziałem go.
- Jak to było możliwe?!
- Był moim cieniem - odrzekł z ledwie uchwytnym uśmiechem. - Uważałem, że mój cień, tak mocno ze mną związany i nieustannie mi towarzyszący mi w każdej sytuacji, jest właśnie moim aniołem.
- Ale cień posiadają również drzewa, domy, zwierzęta i ptaki...
- Tak... Toteż wierzyłem wówczas, że cały świat pełen jest aniołów.
- To ładne.
- Tak - zgodził się. - To ładne...
- A teraz?
- Co?
- Wierzy pan?
- Nie. Niewiele jest jeszcze rzeczy, w które potrafię wierzyć...

Milczała dość długą chwilę. Słyszał tylko nieustający rozgwar tłumu i łagodny plusk wody, uderzającej w drobnych przypływach o piaszczysty brzeg - usypiający jak szmer deszczu z oknami.
- Niech mi pan powie...
- Co?
- Kiedy pan utracił swego anioła?
- Och...  Jak pani ma na imię?
- Małgorzata.
- Och, Małgorzato... - odrzekł smętnie. - To się stało tak dawno... Miałem wówczas osiem lat. Tak, chyba nie więcej niż osiem. Popełniłem wtedy rzecz tak straszną, że mój anioł odszedł płacząc i już nigdy nie wrócił. To odebrało mi spokój na wiele lat. Zresztą, prawdę mówiąc, nigdy już nie byłem taki spokojny jak przed tym zdarzeniem...
- Nie wierzę w to...
- W co pani nie wierzy?
- Żeby mógł pan zrobić coś złego. Był pan przecież dzieckiem.
- Tak. Byłem dzieckiem. Ale dzieci bywają nieraz bardziej okrutne niż dorośli. Niech pani nie zapomina o tym...
- Wiem...
- No więc?
- Chce pan papierosa?
Otworzył oczy i uniósł się na łokciu. Małgorzata zwróciła do niego uśmiechniętą twarz.
- A może woli pan jabłko?
Potrząsnął przecząco głową.
- O wiele bezpieczniej będzie zapalić papierosa...
- No dobrze... Ale dlaczego bezpieczniej? Jabłko wcale nie jest zatrute...
- Zgoda. Zapomina pani jednak, Małgorzato, że z powodu jabłka, ofiarowanego przez kobietę mężczyźnie, zaczęły się wszystkie nieszczęścia rodzaju ludzkiego.
Małgorzata roześmiała się.
- Nie miałam wcale zamiaru powtarzać biblijnej sceny kuszenia - powiedziała wesoło. - Naprawdę, proszę mi wierzyć.

Zapalili. Spojrzał jeszcze raz przelotnie na jej rozjaśnioną uśmiechem twarz, a potem przeniósł wzrok na rozlewisko wody, od której bił tak silny blask, że musiał zmrużyć powieki, chcąc poobserwować trochę, pływające po zalewie kajaki i łodzie.
- Dobrze tutaj jest, prawda? - rzekła rozmarzonym tonem Małgorzata. - Dobrze...
Skinął głową. Wtedy spostrzegł w pobliżu parę młodych ludzi, którzy, stojąc tuż przy samym brzegu, ale już z zanurzonymi w spienionej wodzie stopami, spoglądali na siebie czy może raczej wpatrzeni byli nawzajem we własne oczy, szukając odbicia swoich twarzy, jedno w oczach drugiego, a może tylko pragnęli się o czymś upewnić, coś zgłębić, przekonać się, że TO w nich naprawdę istnieje, tylko i na zawsze TO, i tak bardzo byli sobą zaabsorbowani, że zdawali się nie pamiętać ani o tym miejscu, ani o natrętnej i pełnej zaciekawienia obecności innych ludzi, w każdym razie sprawiali takie wrażenie, jak gdyby w tej chwili nic dla nich nie istniało, prócz nich samych, ich twarzy, ich oczu, wreszcie ich rąk obejmujących się kurczowo, zaciśniętych boleśnie dłoni, tych pięciopalcych dłoni, niepokojąco ruchliwych, delikatnych i na przemian gwałtownych, które w tym spektaklu, jaki nieświadomie tworzyły, miały swoją własną i z góry określoną rolę; ale oni również i o tym nie wiedzieli, i chyba dlatego właśnie było coś wstrząsającego w widoku tej lunatycznej pary, tak bardzo osamotnionej pośród hałaśliwego tłumu plażowiczów, stanowiącej jakby maleńką wysepkę w burzliwych odmętach rozkołysanego morza głów.

Mężczyzna zerknął niepewnie na Małgorzatę, która również spoglądała w ich kierunku.
- O tych dwojgu można chyba powiedzieć, że są szczęśliwi - rzekł w zamyśleniu. - Nie sądzi pani?
- Nie wiem - odrzekła dziewczyna nieswoim, zmatowiałym raptownie głosem. - Należałoby zapytać ich o to...
Wgniótł w piasek tlący się niedopałek papierosa.
- Byliby na pewno zdumieni, Małgorzato - powiedział. - Oni przecież tego nie wiedzą. Nigdy się nie wie naprawdę, kiedy się jest szczęśliwym. Wie się tylko, kiedy się było szczęśliwym...
Po zastanowieniu skinęła potakująco głową.
- Jaką pan stawia diagnozę?
Uśmiechnął się.
- Jeśli oboje przyjmiemy, że miłość jest chorobą, to należałoby poddać  ich natychmiast klinicznemu leczeniu - oświadczył wesoło. - To jest miłość, Małgorzato...
Zmarszczyła brwi. Po jej twarzy przemknął cień niechęci.
- Miłość! - powiedziała z goryczą. - Miłość?! Chciałabym wiedzieć, jaki dureń wymyślił to słowo?!
Popatrzył na nią zdziwiony.
- Nie sądzę, żeby to był dureń - zaprotestował.
- Tylko kto?
Wzruszył niechętnie ramionami.
- Może to był pierwszy człowiek, który poczuł się ogromnie samotny? - odrzekł w posępnym zamyśleniu, czując jednocześnie bolesne ukłucie w okolicy serca, gdyż nagle pojawił mu się przed oczami obraz Ewy, nieszczęśliwej, zapłakanej i upokorzonej. - Może to był właśnie Adam, a może jego syn Kain, który zabił Abla? Oczywiście, jeśli można wierzyć temu, czego uczono nas kiedyś na lekcjach religii...
- Ja w nic nie wierzę! - wybuchnęła z wściekłością, która wprawiła go w zdumienie, nie podejrzewał bowiem, że w tej młodej i pięknej dziewczynie może być tyle goryczy, tym bardziej, że wszelkie piękno kojarzyło mu się dotychczas ze spokojem i łagodnością. - Nie wierzę... - ciągnęła po chwili. - Bóg! Miłość! Czego ludzie nie wymyślą! Ale po co się oszukiwać? Niebo jest puste. Na ziemi nie ma miłości. Jesteśmy pozostawieni samym sobie, skazani na samotność.
- Nie ma pani racji, Małgorzato - powiedział łagodnie.
Zwróciła się ku niemu porywczo całym ciałem.
- W czym nie mam racji?
- Mówiąc tak o miłości...
- Tak pan myśli? Naprawdę?!
- Niech pani spojrzy na tych dwoje. Oni się kochają...
- Chciałabym zobaczyć ich za rok - powiedziała z gorzką ironią. - To chyba dość czasu, żeby wszystko zniszczyć?
Odwrócił twarz i jeszcze raz spojrzał na tych dwoje stojących w płytkiej wodzie pośród fantastycznych błysków pomykającego po falach światła.
- Ja także chciałbym ich jeszcze zobaczyć - przyznał cicho. - Za rok...
Chłopiec pociągnął za sobą dziewczynę i oboje ruszyli płycizną w bryzgach roztrąconej stopami wody w stronę przystani kajakowej, obejmując się ramionami.
- Dlaczego tak się zawsze dzieje? - zapytała Małgorzata z udręką. - Dlaczego?...
- Co?
- Że prędzej czy później wszystko się kończy?
- Bo ludziom brak jest odwagi - odrzekł z nagłym smutkiem. - Tak, Małgorzato, właśnie odwagi - powtórzył, widząc pojawiający się na jej twarzy wyraz zdziwienia. - Wszyscy chcą być kochani, nic w zamian nie dając. To jest bardzo wygodne. To nie zmusza do żadnego ryzyka. Aby jednak być szczęśliwym, nie wystarczy być kochanym. Powiada pani, że wszyscy skazani jesteśmy na samotność. Może. Ale rzeczywiście problem zaczyna się dopiero od tego, jak my ją przyjmujemy. Trzeba umieć przegrywać. Ale również trzeba mieć odwagę podejmować życie od nowa, nie oglądając się na poniesioną porażkę. Niech mi pani wierzy, Małgorzato. Człowiek nie może żyć, trawiony nieustaną świadomością klęski, gdyż to  zwykle rodzi niebezpieczną chęć odwetu i prowadzi w końcu do katastrofy...
- Tak... - powiedziała z uglą. - Dobrze jest usłyszeć takie słowa...

Była znowu spokojna, rozjaśniona. Spoglądał na niego promiennie, a gdy uśmiechnęła się, mrużąc sennie powieki, na jej szczupłych policzkach pojawiły się dwa maleńkie, pełne wdzięku dołeczki. Wyciągnęła ku niemu w milczeniu dłoń, w której trzymała duże, czerwone jabłko.
- Znowu mnie pani kusi, Małgorzato - rzekł wesoło. - To zaczyna być naprawdę niebezpieczne...
Patrzyła mu prosto w oczy, uśmiechając się z filuterną przekorą.
- Nie odmówi pan chyba tym razem?
Wziął z jej dłoni jabłko.
- Och, jeśli Ewa była podobna do pani, wcale nie dziwię się, że Adam nie potrafił się oprzeć...
Nie odpowiedziała. Jadła jabłko jak mała dziewczynka, trzymając je w obu dłoniach. Błądziła sennym czy może rozmarzonym spojrzeniem po plaży, spoglądając ponad jego głową...

sobota, 4 września 2010

erase myself.

Kiedyś sądziłam, że potrafię myśleć na sposób oryginalny i tak wyjątkowy. Z czasem, moja pasja nauczyła mnie patrzeć. Każda kreska potrzebowała ekspresji. Każde spojrzenie wyjmowało z ludzi ich myśli, uświadamiając mnie jak bardzo człowiek może się mylić. A mylili się wszyscy ci, którzy chcieli we mnie zobaczyć kogoś kim nie byłam. Ja natomiast śmiałam się z tego, kompromitując ich kreski jeszcze bardziej. Siadałam wtedy w cieniu ich pychy i szkicowałam wszystko czego oni bali się zobaczyć. Wszystko, czego być może nigdy nie zobaczą. Jednak proste, czy częściej krzywe i niezgrabne linie, były tylko marną namiastką obrazu który kształtował się w tak szybkim czasie.

Czy jeśli ci powiem, że idąc cały czas za słońcem, nigdy nie zobaczysz jak się chowa za horyzontem, nagle magia zachodów słońca straci dla ciebie magię?

Im więcej obserwowałam, tym bardziej wzrastał mój apetyt. Niestety ludzie w większości przypadków okazywali się mdli i tak prości. Czułam wtedy nieodpartą pokusę na sięgnięcie po jakąś ostrą orientalną przyprawę. Sama do końca nie wiem, dlaczego wyruszyłam aż tak daleko, ale nuda jaka spowijała ich ciała, z czasem zaczęła odbierać mi smak.

Podziel kiedyś swoją moralność na pół.
Każ tej pierwszej połowie iść w świat, a po kilku dniach wyrusz w tą sama stronę.
Jednak nigdy nie przyspieszaj na tyle mocno, abyś nie bał się, że możesz ją dogonić.
Bo brak szaleństwa w życiu, ogranicza nie tylko zmysły.


- Myślisz, że tam coś jest? -dziewczyna spytała siedzącego obok niej chłopaka, wskazując na niebo spowite morzem gwiazd.
- Tam może być wszystko, jeśli tylko zechcesz... - odpowiedział, opierając się wygodnie na ławce stojącej w środku ciemnego parku. Ławce która dla większości była po prostu zielona. Przypuszczam, że nawet dla tych młodych ludzi, kolor ten był zwykłą plamą wtapiającą się w tło w ciągu dnia. Tylko dla mnie, z minuty na minutę stawał się tak bardzo nieokreślony.
- Powiedziałeś to w ten sposób jakbym mogła mieć wszystko co zechcę... - spojrzała na niego odrobinę rozczarowana. Myślę, że tylko on wiedział jak zabawny kształt przybrał wtedy jej nos.
- Bo możesz... - odpowiedział bez zastanowienia - A czego chcesz?- spytał po chwili
- Twojej miłości - zachłysnęła się tą chwilą, tak aby móc wmówić sobie, że wcale nie odważyła się na tak głupie wyznanie.
- Więc zakochaj mnie w sobie - tylko oni znali wtedy głębie swoich spojrzeń. Gdyby mogli na siebie spojrzeć z mojej perspektywy, zobaczyliby jaki kolor miała ławka.

Zapadła cisza, podczas której skupiałam się już tylko na swoim ołówku i kartce, która z czasem traciła swoją nieskazitelną biel. Gdy uniosłam głowę, ławka była pusta. Usiadłam na niej bezzwłocznie, pozostawiając na zielonej trawie mały ślad swojej obecności. Obróciłam się w prawa stronę i ukradkiem oka ujrzałam dwie splecione dłonie. Dokładnie takie jak na kartce znajdującej się na moich kolanach. Gdyby ktoś mnie mnie znał, mógłby pomyśleć, że potrafię przewidzieć przyszłość.
Odłożyłam blok kartek i ołówki na bok. Mój niegdyś nienasycony głód poznawania ludzkiej osobowości, poprzez stawianie niezgrabnych kresek i wkładanie w nie ekspresji, został chwilowo uśpiony.


Zmęczone, ale nadal rządne przygód oczy, wypatrzyły czyjąś postać. Z kolanami podkulonymi pod siebie wytężałam wzrok. Przykuł moje spojrzenie jak jeszcze nikt dotąd, choć widziałam go tak niewyraźnie. Pozbawiona szczegółów użyłam swojej wyobraźni, choć tak naprawdę nie potrzebowałam wiedzieć jak wyglądał z zewnątrz. Sądzę, iż robił zdjęcia. Chciałam mu się przyglądać jeszcze odrobinę dłużej. Dostrzec wszystko to, co tak nagle zaczęło mnie pociągać. Jednak wtedy zorientowałam się, że apetyt na przyprawy, a tym bardziej orientalne rarytasy, zniknął. Chłodny wiatr otulił moje ramiona, tak jakby nagle starał się zbić gorączkę mojego ciała. Ciała i jak mniemam również umysłu, który nagle zwariował. Czułam się trochę tak jak małe dziecko, które wreszcie dodstało upragniony kawałek czekolady, nigdy wcześniej nie zaznając jej smaku.
Z owej nostalgii wyrwał mnie dźwięk rozsypujących się ołówków. Pochyliłam się szybko aby je pozbierać i uznając to za odpowiedni znak, chwyciłam białą kartkę i usiadłam na zgiętych kolanach. Ku mojemu rozczarowaniu obiekt, który tak bardzo mnie zafascynował znikł równie nagle jak się pojawił. Zrezygnowana westchnęłam głośno i zatopiłam wzrok w bezkresnym niebie.

Dzisiejszej nocy spójrz w niebo.
Znajdź jedną, małą, prawie niewidoczną gwiazdę.
I uśmiechnij się do niej, bo jest w tej chwili tak samo samotna jak ty.
I powiedz mi, dlaczego oboje teraz tak bardzo nie chcecie aby słońce wzeszło?

Zrozumiałam jak wielu rzeczy jeszcze nie potrafię przelać na papier. Tysiące myśli, które krążyły wtedy po jego głowie, były dla mnie nieuchwytnymi gwiazdami, gdzieś wysoko nade mną. Zapragnęłam narysować smak i zapach. Nazwać nienazwane i przelać na papier dotyk.
Parę wieczorów później, znów tam siedziałam. Obiecałam sobie, że nie namaluje niczego więcej, dopóki znów go nie spotkam i nie uchwycę z tej chwili nieco więcej.
Wtedy na moje kolana spadła mała fotografia. A na niej ja, wpatrzona w niebo, z wszystkim tym czego nigdy w lustrze nie zobaczę. W jednej chwili zobaczyłam jego zapach, dotyk i smak, mimo iż stał za mną. Narysowałam to wszystko oczami wyobraźni. I uwierzcie mi, szkic jego duszy był wyjątkowym obrazem.

Bo znajdujemy wtedy, gdy nie szukamy.



poniedziałek, 2 sierpnia 2010

4.

Był rok tysiąc dziewięćset czterdziesty piąty. Coraz częściej mówiło się o nadchodzącym wyswobodzeniu i zabijano coraz więcej ludzi.Już wiedziałam po co miałam jeść. Musiałam mieć siły aby pracować. Ze słabych nie było pożytku. Mój przyjaciel nie był słaby. On też pracował. Zobaczyłam go w tamto sierpniowe popołudnie. Najpiękniejsze popołudnie w moim życiu. Zaczęłam biec w jego stronę. On też mnie zauważył i kazał się zatrzymać. Pilnowali go. Spojrzała na jego wychudzone ciało, na łysa głowę i zmęczoną twarz. Żył. Bez namysłu zaczęłam tańczyć. Zupełnie tak jakby ktoś właśnie grał najpiękniejsza muzykę świata. Byłam zdziwiona, że wszystko tak dobrze pamiętam. Jeden piruet i drugi, podskok. Na początku nawet się nie męczyłam, jednak po chwili zrobiło mi się czarno przed oczami. Upadłam i straciłam przytomność. Obudziłam się w nocy, czując jak ktoś ciągnie moje bezwładne ciało przez plac. Mój przyjaciel. Szepnął mi do ucha, że wie jak się wydostać. Wiedział też, że mieli mnie spalić następnego dnia. Byłam słaba.

- Tak kochanie ale już jest późno, musisz iść spać - podchodzi do niej i bierze bezwładne ciało z wózka inwalidzkiego, kładąc je na duże białe łóżko, obłożone dookoła pluszowymi misiami.


Złapali nas w nocy, jak uciekaliśmy przez dziurę w płocie. Mieli te swoje ohydne zielone mundury. Zepsuta zieleń, zepsuci ludzie. Jeden z nich ścisnął moje ramie i zaczął mną szarpać. Krzyczał coś po niemiecku i szarpał. Chciałam go przekrzyczeć, chciałam uderzyć, pchnąć, chciałam cokolwiek. Jednak byłam bezwładna, moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Byłam słaba, głodna i zmarznięta. Pamiętam jak w pewnym momencie przestałam go słyszeć, tak jakby w odbiorniku ktoś wyłączył głos. Była tylko stara, mokra od potu i brudna twarz z kilkudniowym zarostem, wykrzywiająca się jak twarz człowieka chorego psychicznie. Poczułam krople spływające po mojej szyi. To nie był deszcz. W tę noc i on postanowił zostać anonimowym świadkiem. Po mojej twarzy spływały łzy. Były jak rzeka, płynąca z ogromnym prądem. A on dalej szarpał moim ramieniem. Usłyszałam ciche pęknięcie. Złamał mi rękę w trzech miejscach. Czy nie widzicie co on robi? Popatrzcie, ten gnój łamie mi rękę, jak ja będę teraz tańczyć? Nie można tańczyć z opatrunkiem. Spójrzcie! Do jasnej cholery, zróbcie coś!. Drugi zepsuty człowiek ciągnie mojego przyjaciela pod ścianę. Jego krzyk przywraca mojemu obrazowi dźwięk. On tak bardzo krzyczy, tak błaga: 'puście ją, puście ją!'. 
Ją? A więc ja też tutaj jestem? On wyciąga pistolet. Widzisz to prawda? Sięga po duży czarny pistolet i uśmiecha się szyderczo, mówiąc coś do swojego kolegi. Nie rozumiem go, nie chcę go rozumieć. Dlaczego nic nie robisz? On chce zabić mojego przyjaciela. Błagam zrób coś.
- B...błagam - wyjąkuję i z mokra twarzą upadam na kolana. Czuję jak grucha mi kość w kostce i pęka mi serce. Mój przyjaciel umiera. Po dwóch strzałach pada na twarz i nic sobie nie łamie.

- Dobranoc - mówi na pożegnanie i całuje ją czule w czoło. Później wyłącza grającą jeszcze pozytywkę i odkłada na półkę zaraz obok wazonu zawsze wypełnionego bukietem czerwonych róż. Przeciera zmęczone oczy i jeszcze raz patrzy na nieruchome od lat ciało córki. Później wychodzi pogrążona w smutku i idzie spać, aby rano obudzić się z kolejnym białym włosem.

Czułam fale gorąca która przedziera mi się przez plecy. Również upadam na twarz. Do moich źrenic dociera jeszcze tylko jaskrawe światło, a obolałe ciało wyczuwa jak ziemia lekko drga pod ciężarem biegnących, zgniłych mundurów. Słyszę jeszcze tylko głosy innych ludzi, mówią po polsku. Nie wiem czy to dobrze. Nie rozumiem już nikogo. Zasypiam.

Dziewczyna zerka jeszcze tylko w stronę okna.

Od jutra będę smutna... Od jutra
Dziś będę radosna
I każdego dnia
Nie ważne jak gorzki może być
Powiem:
Od jutra będę smutna
Nie od dziś *


Kocham cię mój przyjacielu - cicho szepcze, zawsze przed snem...

Spokojna zasypia uśmiechając się tak jakby on na nią patrzył - szczerze i ciepło.
Jest szczęśliwa. Przecież jutro znowu zatańczy...





 * wiersz napisany przez żydowską dziewczynkę. Podczas drugiej wojny światowej w wieku kilkunastu lat trafiła ona do obozu koncentracyjnego. Po paru latach ciężkich robót i życia w skrajnym ubóstwie i nieludzkich warunkach została w bestialski sposób zamordowana


czwartek, 29 lipca 2010

3.

Jeszcze tylko ukłon i mogła zejść ze sceny. Niepewnie, powoli majestatycznym krokiem księżniczki, zbliżyła się do progu sceny. Spuściła głowę i z gracją pochyliła się składając ukłon. Na sali panowała głucha, przeraźliwa cisza. I nagle w jej ręce wpada krwisto czerwona róża. Piękna i nieskazitelna. Podnosi wzrok i spogląda na pierwszy rząd. Po raz kolejny widzi jego czekoladowe, przeszywające spojrzenie. Tak po raz kolejny tutaj, przyszedł aby dostrzec ten piękny uśmiech. Przecież tylko dla niego się uśmiechała.


Tamtej nocy obudziły mnie delikatne, nieregularne uderzenia w szybę. Choć tak naprawdę to nie spałam. Nie mogłam zasnąć od momentu kiedy usłyszałam jak w nocy mama płacze. To było parę miesięcy po wybuchu wojny. Płakała bo Ci mężczyźni, co mówili tym dziwnym językiem i chodzili w mundurach, zabrali jej przyjaciółkę. Wtedy wystarczyłam się, że i ją mogą zabrać. Od tamtej pory przestałam spać, a zaczęłam czuwać.
Kiedy podeszłam do okna zobaczyłam mojego przyjaciela. Stał tam i trzymał coś w zmarzniętych dłoniach. Zbiegłam na dół schodami przeciwpożarowymi. Kiedy stanęłam boso na przeciwko niego wręczył mi czerwoną różę. Spytałam skąd ja wziął, a on tylko szelmowsko się uśmiechnął. Ukradł ją. Byłam na niego wściekła, miałam ochotę rzucić mu ta różą w twarz i na niego nakrzyczeć. Od paru dni nie mieliśmy co jeść, coraz częściej zamykano nas w piwnicy, a opuchlizna z twarz kobiet w całej kamiennicy nie schodziła od miesięcy. Nie mogłam jednak wydusić z siebie słowa, byłam taka zmarznięta, że szczękałam zębami. Moje stopy były już fioletowe. Miałam na sobie tylko cienka nocną koszulkę, a wiatr przeszywał moje ciało niczym sztylety. I co z tego, że był czerwiec. Mnie ciągle było zimno. Wtedy on zdjął swój podziurawiony sweter i okrywając mnie nim przytulił do piersi. Był ode mnie naprawdę sporo wyższy. Przestałam być głodna...

Burza oklasków. Tłum wiwatuje.

Z błogiego stanu wyrwał mnie dźwięk zbliżających się kroków. Wszystko, co działo się później było jak film puszczony trzy razy szybciej. Wbiegliśmy do bramy, było ciemno, a ja potknęłam się o jakiś kamień i upadłam w kałuże. Kiedy pomagał mi się podnieś czyjaś wielka łapa przygwoździła mnie do ziemi. Za chwile podbiegła reszta. Było ich trzech albo czterech. Wszyscy krzyczeli : Żydzi, Żydzi!. Tłumaczyłam im że nie, ale oni nie słuchali. To był najgorszy film w moim życiu.

Ona jednak ich nie zauważa. Nie słyszy.
Schodzi ze sceny po raz ostatni uśmiechając się w stronę pierwszego rzędu.

Przez parę godzin leżałam na jego klatce piersiowej. Oddychał. Pociąg nie jechał zbyt szybko i strasznie trząsł. Był wielki ścisk. Znów śmierdziało i znów były szczury. Jednak nie było już tak jak w naszej piwnicy. Nie otwierałam oczu. To wtedy zaczęłam wyobrażać sobie, że coś co się dzieje jest tylko snem, a tak naprawdę jestem na scenie i tańczę. Tylko dla niego.

- A ty znowu nie śpisz kochanie?? - ciepły głos starszej kobiety o pięknych czarnych włosach przyozdobionych białymi pasmami zabrzmiał w dużym spokojnym pokoiku.

Ciągle kazali się nam rozbierać i ubierać. Ogolili nam głowy i zrobili te cyferki na rękach. Ludzie z obozu byli chudsi ode nas i mieli wyłupiaste oczy. Ciągłe krzyki, rozkazy i płacz. Ludzie chorowali na najdziwniejsze choroby. Rzadko dostawaliśmy coś do jedzenia. Nie, to jednak było najgorsze. Zabrali mi go, rozumiesz? Siłą odciągnęli i poprowadzili w druga stronę. W końcu jakaś pani, zmusiła mnie bym jadła. Była bardzo miła, przypominała mi mamę. Mówiła, że mój przyjaciel na pewno żyje i jest teraz z innym chłopcami i mężczyznami z obozu. Nie wierzyłam jej, ale miałam wtedy tylko czternaście lat. Co mogłam wiedzieć o życiu?

- Chciałam posłuchać... popatrzeć - młoda dziewczyna o długich czarnych lokach, wskazuje ręką na pozytywkę z porcelanową baletnicą - Też tak kiedyś tańczyłam... - szepcze prawie do siebie.
Przecież matka dobrze wie, co powie...

poniedziałek, 26 lipca 2010

2.

I nagle pojawiło się upragnione światło, które odebrało wszystkim resztki smutnych wspomnień. Na początku blade i liche, z czasem coraz silniejsze... Przerwało ciemność, jak miecz przebijający wroga.
Walka, walka i walka. Wciąż przez umysły przetaczała się walka. Walczyli z samym sobą. Każdy z osobna i wszyscy razem. Było lato tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. Mała, ośmioletnia dziewczynka o anielskich blond lokach, stała teraz na dużej scenie. Mała dziewczynka - duża scena. Wyczuwasz ten zbyt prosty podstęp? Trzeba było być albo malutkim, albo ogromnym... Ci średni mieli niebawem zginąć.

I wtedy wybuchła wojna. Jeszcze nie wiedziałam co to znaczy. Ludzie wymawiali to ze strachem, ze łzami w oczach lub wykrzykiwali w rozpaczy. Padało tyle nowych dla mnie słów : zagłada, hitlerowcy, getta, a wystarczyło, by powiedzieli strach i śmierć... Wtedy bym zrozumiała co nas czeka.

Zabrzmiała muzyka. Spokojna. Nuty przepływały łagodnie gdzieś pomiędzy pierwiastkami tlenu, łącząc się łagodnie w stonowanych zachwytach. Niewinna muzyka, tak jak niewinna była dziewczynka w białej sukience, wpatrzona dużymi zielonymi oczami w publikę. Nie, to nie był strach.


Czułam żal. Byłam wściekła, byłam tak potwornie zła na tych ludzi, którzy nie pozwalali mi się z Tobą bawić całymi dniami, jak kiedyś. Miałam pewność, że cała ta godzina policyjna była ich głupim wymysłem. Tylko po to abyśmy nie mogli się spotykać. No bo jaki normalny człowiek wymyślił by coś takiego?

Najpierw ukłon, z gracją i dystansem. Później była już tylko muzyka. Ona była muzyką, każda nuta była oddzielnym krokiem. Białe baletki muskały tylko powierzchnie błyszczącej sceny. To było przedstawienie warte tych wielomilionowych spektakli, nagradzanych cennymi statuetkami. Sposób w jaki jej ruchy przemykały przez powietrze wprawiał w osłupienie całą salę. 'Ona naprawdę ma osiem lat?' szeptano do siebie. Nikt nie spytał jednak jak długo tańczyła, jak często trenowała. Już wtedy zapominano o szczegółach.

Później było już gorzej. Babcia często zamykała nas razem w piwnicy. Jego babcia - moją zabrali Niemcy. Mówiła mu wtedy, że jest moim przyjacielem i musi się mną opiekować, a on chwytał moją dłoń i pomagał zejść po krzywych schodach. Nienawidziłam tej piwnicy. Strasznie w niej śmierdziało, ciągle było mokro i ciemno. Nie raz nawet słyszałam jak obok nas przebiegały szczury. Coraz częściej byliśmy głodni, więc żartowaliśmy, że kiedyś któregoś złapiemy i zjemy. Zawsze jak tam siedzieliśmy z góry było słychać jak jacyś mężczyźni mówią coś rozkazującym tonem. Nie rozumiałam ich, a mama mówiła że to dobrze, że nie powinnam. Jak już wychodziliśmy po paru godzinach, jego babcia i moja mama miały posiniaczone twarze. Kiedyś nawet mojemu tacie połamali żebra. Nie wiem dlaczego to robili. Wiedziałam tylko, że nienawidziłam tej piwnicy. Ale lubiłam w niej siedzieć z nim, moim przyjacielem.

Muzyka dobiegała końca. Widownia przeczuwała to niepewnie, wiercąc się w fotelach. Ona tańczyła dalej, szybciej. Piruety . Szpagaty. Kolejne westchnienia. Niepozorny uśmiech. Koniec. Muzyka ustała. Publika zamarła, wciskając się w fotele starego teatru. Nie patrzyła na nich. Nie tańczyła. Nie czuła się już tak pewnie.


Coraz częściej mówiło się o obozach. Podobno wysyłano tam ludzi i ich zabijano. 'Drukowano' ludziom na rękach takie śmieszne cyferki i zamykano w małych pomieszczeniach. Mniejszych i gorszych od naszej piwnicy. Kiedyś zabrali do takiego obozu też moje tatę. Pomyślałam, że poszedł tam szukać rodziców mojego przyjaciela. Tata był dobry i pomagał innym. Często pozwalał spać w naszym mieszkaniu obcym ludziom, dawali im razem z mama jakieś jedzenie, a babcia mojego przyjaciela cerowała im ubrania, albo dawała nowe. Kiedyś była u nas taka dziewczynka, była młodsza ode mnie i miała na rączkach te śmieszne cyferki. Udało jej się uciec razem z ciocią, ale jej rodzice tam zginęli. Mój tata też nigdy nie wrócił.















poniedziałek, 19 lipca 2010

1.

Płachta purpurowego materiału miękko spływająca na scenę unosi się do góry.
Jej brzegi ciężko zwisają ku dołowi. Wszystkiemu winna jest grawitacja. To ona ciągnie w dół, kiedy chcemy się wzbić w powietrze, to ona nie pozwala się odbić. I to z jej winy ta kurtyna jest właśnie tak ciężka.
Kiedy w końcu znajduję się tak wysoko, że nikt z widowni jej nie widzi, pełnej sali ukazuje się scena.
Oblana cieniem przechodzącym w czerń, spowita mrokiem.

Ta pani na widowni w trzecim rzędzie - tak, właśnie ta w tym dużym zielonym kapeluszu o wyniosłej minie, wpatruje się w tą pozornie bezdenną dziurę i widzi swoje życie. Marne, nic nie warte życie. Każdą przegraną chwilę, którą spędziła na wydawaniu pieniędzy podstarzałego męża. Pozornie szczęśliwa, a w środku pusta jak scena. Albo ten pan w piątym rzędzie z lekką łysiną na czole i w niemodnym fraku. Dla niego scena jest symbolem przegranej. A co przegrał? Przegrał własne życie, kiedyś dawno temu. Już zapomniał jak - to nie ważne. Już za późno. Teraz może oglądać scenę swojej próżności. Za jego plecami słychać szmery i ciche czułe szepty dwojga zakochanych. Kiedy podchodzi się bliżej, można zauważyć ręce młodego chłopaka wędrujące po udzie zarumienionej dziewczyny. Ona szeroko się uśmiecha, a jej oczy mówią 'chce więcej!'. Zajęci sobą nie zauważają innych. Ta starsza pani obok nich, właśnie tego im zazdrości. Dla niej czarna scena jest ukazaniem uczucia któremu pozwoliła odejść ze zbyt błahego powodu. Jednak ona nie wie, że młodzi jeszcze nie zauważyli, że kotara się podniosła. Kiedy to zrobią, ich ręce się rozplotą, a miny zrzedną. Zobaczą przed sobą niepewną przyszłość i szarość dnia codziennego. Tak jak setki, a może i tysiące innych widzów, przestaną się uśmiechać i zobaczą, jak wszystko do czego dążyli, obraca się w bezsensowną czarną nicość.

I tylko ten mały chłopiec o szczupłych dłoniach w poszarpanym ubraniu w pierwszym rzędzie, nie zrozumie ich zachowania. On nie zobaczy tego co oni. Dla niego świat stanie otworem. Przecież nic nie przegrał, po prostu nigdy niczego nie miał. Nic nie starci bo niczemu nie zaufał. Właśnie w tej czarnej scenie zobaczy nadzieje na lepsze życie. Zobaczy pustkę, którą sam wypełni sobie pragnieniami. Jego marzenia stworzą piękny, kolorowy obrazek. Taki jak ten, który malowała pani w zielonym kapeluszy jeszcze 10 lat temu. Wtedy to był skromny, mały domek na wsi. Niby nic, a jednak coś. Dzisiaj miała ogromną wille niby coś, jednak nic. Pan z łysinką malował własną firmę - mały sklepik z kwiatami na uboczu uliczki w Paryżu.
Dzisiaj widział już tylko stół z kartami i przegrane marzenia w barze na przedmieściach Moskwy. Kochankowie namalowaliby świetlaną przyszłość, jednak teraz widzą szarą rzeczywistość.
A starsza pani oddałaby ostatniego centa aby móc choćby i jedną barwą czerwieni namalować ostatnie wspomnienie twarzy kochanka. Dzisiaj to jednak była szara, mała, kamienna mogiła gdzieś na Powązkach.
I tylko chłopiec malował tęcze. Tylko on nie rozumiał tych ludzi uparcie gapiąc się na scenę.

*Byliśmy wtedy tacy młodzi. Niczego nie rozumiałeś, a już chciałeś się buntować. I ten twój szelmowski uśmiech. Uwielbiałam go wiesz ? Co niedziele zasiadałeś w pierwszym rzędzie i cierpliwe czekałeś.

środa, 14 lipca 2010

Życzenie.




Ostatnio jakoś się tak zdarza, że zupełnie nie mam głowy do pisania czegokolwiek. 
Z jednej strony potwornie się nudzę, ale z drugiej mam jednak pewne sprawy do załatwienia.
Paradoks.
Ale, ale, ale... Żeby dzieci nie płakały, to coś im się dostanie dzisiaj ode mnie. ;]
Tabletki wywołują stan nieporządany - senność. I ja się pytam WHY?










Jest sama. Sama i zagubiona, z zapowiedzią czegoś nieodwracalnego zapisaną na dygocącym ciele.
Chcąc uciec przed samotnością i potwornym strachem, chętnie zadzwoniłaby do dzieci i obsypała kosztownymi upominkami wnuki. Gdyby je miała. Ale nie ma dzieci, ani wnuków, ani męża, ani kochanków, ani prawdziwych przyjaciół, którzy dotrzymaliby jej towarzystwa. 
Sama, z tymi wstrętnymi kwiatami na wykładzinie - myśli.
Sama wypije szampana, otworzy prezenty, pośmieje się, zje dobry obiad i podziękuje za niego Panu, sama powita nadchodzący rok, sama uściśnie nikogo i sama umrze. 
Gryzie paznokcie, pielęgnowane co dzień przez manikiurzystkę, i znów układa wargi do uśmiechu. 
Mechanicznie otwiera usta.

- Mariooo! - krzyczy! - Nie zamierzam zdechnąć w tym przeklętym łóżku!

Maria, która zajęła się tymczasem myciem okna, rzuca wszystko i pędzi do sypialni.

- Czego sobie pani życzy, mademoiselle? - pyta zaglądając do środka.
- Czego sobie życzę... - mówi z namysłem staruszka. - Zrozumieć, czego sobie naprawdę życzymy, nie jest tak łatwo, jak się niektórym wydaje... - I posyłając pokojówce posępne spojrzenie, wybucha: - Wiesz, czego sobie życzę, idiotko? Mieć jakieś życzenia! Tego sobie życzę!

...
Za uchylonym oknem stado wróbli skupionych wokół latarni. Bezbarwna, zimna mgła pełznie po ścianach otaczających hotelowy dziedziniec. Na ulicy jest cicho. W królewskim apartamencie - jeszcze ciszej. 
Na zewnątrz szeleszczą przynajmniej poruszane wiatrem magnolie...







lubię bardzo (ostatnimi dniami)  :)

niedziela, 16 maja 2010

2.


(...)
Ale ona tańczyła dalej uparcie. Coraz szybciej. Nie dbała o szczegóły. Zgubiła swój perfekcjonizm. Nie potrafiła się zatrzymać. Nie chciała. Szarpana uległością, pogubiona wśród pozornych tylko tłumów. Czasem chciała zmienić wszystko, innym razem na niczym jej nie zależało. Zbyt bezpośrednia w swoim ja, przysparzała sobie wrogów. Nigdy nie sprawdzała pogody na jutro. Nie znała obowiązujących praw i trendów. Nie potrafiła wyznaczać północy. Będąc zaprzeczeniem samej siebie, była wielką zagadką. Anonimowa i intrygująca. Nikt, nigdy nie pytał jej o imię, ale każdy zapamiętywał ją do końca życia. Z powodzeniem można było ją sobie wymyślić, choć niczyja wyobraźnia nie sięgała tak daleko.

- To bez sensu - usiadł na jesiennej trawie.
- Zobaczysz, że się uda - dziewczyna stała z czerwonym latawcem w rękach i bezsilnie rozplątywała pęka na długim żółtym sznurku .

Jak kartki pamiętnika wyrwane tak nagle, krążą na wietrze, targane zapisanymi jeszcze świeżym atramentem, uczuciami. Chciała tak niewiele, a tak dużo powinna.

- Przecież nie ma wiatru, on nie poleci - starał się ja przekonać do swojego zdania.
- Poleci zobaczysz - tupnęła nogą jak mała dziewczynka.
- Daj to - podszedł i zabrał od niej latawiec - Proszę - oddał go po chwili, tym razem już bez pęku.
- Chodź - dziewczyna krzyknęła i zaczęła biec przed siebie. Piękny czerwony latawiec wzbił się w powietrze niczym ptak.

Była szaleństwem, była wichurą. To była ta chwila kiedy taniec stawał się nią. Każdy piruet, każdy podskok, każdy ruch. Wszystko jak wojna przepełniona hałasem.

- Mówiłam że poleci! - biegła w jednej dłoni trzymając latawiec w drugiej dłoń chłopaka
- Mówiłaś... - szepnął

Kochaj ją. Kochaj. Bo jest tylko Twoim marzeniem. Zamkniętym w chorej wyobraźni. Najpiękniejszym pragnieniem, które nigdy się nie ziści. Bo któregoś dnia obudzisz się, a ona będzie zbyt blisko abyś już nigdy nie tęsknił.

Nie dla siebie, nie dla niego. Tańczyła bo nie potrafiła się zatrzymać. Z jej oczu płynęły kryształowe łzy, które w postaci kostek lodu znikały gdzieś w białym puchu. Zawzięcie dążyła do autodestrukcji. Wieczna uciekinierka, szukała sensu w roztrzaskanych lustrach.
Potknęła się, a jej bezwładne ciało, jakby w zwolnionym tempie upadło na śnieg. Tym razem zostawiła na nim ślad. Odcisnęła się na delikatnej powierzchni zbyt mocno. Odkrytej, zmarzniętej ziemi, już nigdy nic nie pokryje. Za lekka w tańcu, zbyt ciężko upadła.

- Zatańcz ze mną - spojrzała mu prosto w oczy
- Przecież wiesz, że nie potrafię ...
- Wiec ja będę prowadziła - upierała się przy swoim
- Nie, tak nie wypada, dziewczyna nie może prowadzić w tańcu - zaprotestował
- Dzisiaj ostatni raz zatańczmy, proszę, 'tak, jak gdyby umarł czas' - zanuciła delikatnym i subtelnym głosem - A jeśli jutro zniknę? - szepnęła wprost do jego ucha
- Chodź - wziął jej dłonie i położył na swoim karku. Następnie objął ją w pasie i zaczął prowadzić.

I wtedy odeszła czy zapomniała ?
Ja wiem. Ja nie zapomnę.


- Mogę ci zadać bezsensowne pytanie?
- Tak, Kocham Cię...

środa, 12 maja 2010

1.


Płatki białego śniegu leniwie pływały pomiędzy rozrzedzonym powietrzem. Srebrną cisze przerywały radosne śmiechy dzieci z sąsiedztwa. W tym roku zima przyszła wyjątkowo późno. A może to ona kolejny raz zaspała ? Zimny wiatr oplatał ją bezlitośnie z każdej strony. Bujał huśtawką na której siedziała. Choć jej skórę pokrywała gęsia skórka, ona sama niewiele czuła. Była tym wiatrem. Targała jego parasolem właśnie wtedy gdy śpieszył się na spotkanie z nią. Innym razem, delikatnie muskała jego twarz, gdy zamykał oczy i tęsknił.

- Mogę ci zadać bezsensowne pytanie ? - spytała patrząc na tańczące na wietrze kosmyki jego włosów.
- A jakie to są bezsensowne pytania ? - drażnił się nią, tylko po to aby dłużej mówiła, aby mógł zapisać tą melodie głęboko w sercu.
- No nie wiem ... - zamyśliła się zaskoczona jego pytaniem - Po prostu głupie - uśmiechnęła się sama do siebie
- Ale to nie jest żadne wytłumaczenie - nie dawał za wygraną.
- A ty znowu zaczynasz ! - na jej twarzy pojawił się grymas .
- Pytaj - uległ, zawsze ulegał.

Dziewczyna zaczęła odpychać się nogami od zaśnieżonej powierzchni. Coraz mocniej i mocniej, aż huśtawka zaczęła skrzypieć. Ją ta sytuacja wydała się bawić, choć wcale się nie śmiała. Podniosła tylko, niby niedbale, powieki ku górze. Noc. A może dzień? Czarne niebo usłane białymi migoczącymi gwiazdami. Jednak noc. Lubiła huśtawki, lubiła noc i lubiła jego.

- Czy kochałeś kiedyś, ale tak naprawdę ? - zwinęła kolana pod siebie i ustawiła twarz w stronę pomału zachodzącego słońca.
-Wiesz, że miałem już parę dziewczyn, ale ... - ułożył się wygodnie na zielonej trawie.
-Nie! - przerwała mu - Czy kochałeś kiedyś kogoś tak, ze na sam jej widok zapierało ci oddech w piersiach a słowa grzęzły w gardle ? Każda sekunda bez niej była wiecznością, a chwile w jej towarzystwie mijały zbyt szybko. Gdy dotykała twego ciała, czułeś że porusza twoja duszę. Była każda twoja myślą i każdym twoim ruchem, tematem numer jeden bez względu na okoliczności. A ty taki bezsilny, kochałeś kochać. Wszystko co było nią było piękne w każdym calu, a cała reszta była niczym. Mimo iż byłeś w sidłach jej spojrzenia, byłeś zupełnie wolny. Kochałeś tak kiedyś ?

Zeskoczyła z huśtawki wtedy, gdy znajdowała się w najwyższym punkcie. Ruszyła przed siebie nie pozostawiając na śniegu żadnych śladów.


- A gdybym ci powiedział, ze właśnie teraz tak kocham ?- Spojrzał na jej rozmarzone tęczówki. Mógłby przysiąc, że właśnie wtedy pochłaniały całe piękno zbliżającej się nocy.
- Powiedziałabym ci, że ona jest prawdziwa szczęściarą ...
- A ty ? Kochałaś tak kiedyś ? - usiadł tak blisko niej jak tylko było to możliwe
- Nie ! Ja się boję takiej miłości ...

*
*nie.