poniedziałek, 8 sierpnia 2011

80. lata

Zainspirowana totalnie zakręconymi latami osiemdziesiątymi targnęłam się na swoje włosy i pierwszy raz w życiu natapirowałam włosy (w zasadzie nie ja, a Ula). Co prawda różnicy nie widać, ale przeżycie psychiczne miałam niemałe.
W cudnie deszczowy weekendowy wieczór udałam się do kręgielni, by rzucić kulą do tyłu, a nie do przodu...
Wykręcić palec, pograć na automatach, wysączyć to i owo...
Co by nie było... Nie wiem, co napisać. Skończę się pogrążać i napiję się zielonej herbaty przy asyście 'Boys don't cry' - The Cure! A co! Jak szaleć to szaleć!








Kawałki, które zawładnęły mą duszą na najbliższy tydzień. Proszę się nie śmiać!











I będę przy tym kroic warzywa do rytmu, śpiewac pod prysznicem i do dezodorantu! O!
Hahahaa...nie no! :D I to by było na tyle ;)

środa, 3 sierpnia 2011

Ewa [cz.1]

- Poszedłbyś ze mną na jedną wódkę, co?
- Czemu nie? - zgodził się chętnie Gara. - Jestem już wolny.
- Gdzie pójdziemy?
- 'Pod lipy'
- Przecież tam nie podają wódki!
- Ale mają koniak...
- O, nie, bracie! - zaśmiał się Gara. - To nie na moją kieszeń...
Filip klepnął go przyjaźnie po ramieniu.
- Nic się nie martw, stary - powiedział. - Tym razem ja stawiam. Wziąłem ostatnio dużą premię...
Wzruszył lekko ramionami.
- Och, w końcu jeśli masz wielką ochotę na koniak...
- Mam - zarżał niespodziewanie hałaśliwie Filip. - Mam właśnie straszliwą i nieprzymuszoną ochotę strzelić sobie większego gola...
- Dobra - powiedział Gara spoglądając na niego spod oka. - Jak chcesz możemy pójśc 'Pod lipy'...

Słońce już zaszło, skryło się za ciemniejący horyzont, ale na dworze ciągle jeszcze było gorąco. Gdy zgłębili się pomiędzy bloki Osiedla na Skarpie, wionął na nich duszny, burzowy wiatr, niosący z sobą woń dojrzewających pomiędzy murami sadów i cierpki zapach świeżo skoszonej trawy. Szli szybko, w milczeniu, błądząc wśród zielonego labiryntu zieleńców, poprzecinanych krętymi traktami dróg osiedlowych.  W oknach mijanych okien zapłonęły pierwsze światła, jak ostrzegający sygnał przed nocą, która miała dopiero nadejśc.
Doszli w końcu do Placu Centralnego i skierowali się ku Alei Róż, gdzie znajdował postój taksówek. Na otaczających plac gmachach zapłonęły natrętnie krzykliwe neony, pod arkadami z szarego kamienia ćmiły niebieskawym światłem jarzeniówki. Gwarny tłum wypełniał szerokie chodniki, kotłował się u wejśc do sklepów i magazynów, przelewał na skrzyżowaniach ruchliwych jezdni falą, powstrzymywaną i znowu ruszającą wartkim strumieniem na drugi brzeg. Na postoju nie znaleźli ani jednej taksówki. Zawrócili więc i poszli na przystanek autobusowy. Gara błądził zamyślonym spojrzeniem po oświetlonych wystawach sklepów. 'PDH Jubliler' . Zatrzymał wzrok na jarzących się kolorowymi błyskami ruskich koliach. Fałszywe brylanty oprawione w fałszywą platynę, a nad nimi napis ciągnący się wzdłuż szyby: "Wszystko dla Ewy". Roześmiał się na głos. "Wszystko dla Ewy". Filip spojrzał na niego zdziwiony.
- Co się stało, Grzegorz?
- Nic, stary - odrzekł Gara. - Wszystko w porządku.

Wsiedli do autobusu popychani niecierpliwie przez tłoczących się w przejściu podróżnych. Filip krzywił się niechętnie, przyparty do metalowej poręczy oparcia. O czym myślał w tej chwili? O swoich wyczyszczonych na wysoki połysk butach? O tym, że za chwilę wysiądzie z autobusu już nie taki świeży i nienagannie wytworny, w swoim idealnie odprasowanym garniturze? A może po prostu zastanawiał się nad nonsensowną w końcu wyprawą 'Pod lipy', skoro mogli wypic na miejscu. W 'Arkadii' również można było dostac koniak. - Wszystko dla Ewy - myślał Gara. - Śmieszne.
Domy uciekały w tył, coraz dalej i dalej, w półkolistym wirowaniu ziemi. Zapalające się i na przemian gasnące latarenki okien. Z ulgą przyjmował fakt, że nie musi jeszcze wracac do pustego mieszkania. Pochwycił badawcze spojrzenie Filipa i uśmiechnął się do niego. Filip odpowiedział mu natychmiast łobuzerskim mrugnięciem. Jego ciemna, ogorzała twarz rozpogodziła się teraz.

Oto Główny Rynek. Nareszcie. Wysiedli przy linii A-B, na wprost sklepu 'Jublier'. Gara zerknął nieufnie na wystawę. Natknął się na wzgardliwe i jakby ironicznie wejrzenie obwieszczonej błyskotkami damy, która spoglądała na niego z portretu oprawionego w grube, złocone ramy. Filip przytupując z lekka butami, doprowadził do ładu wymiętoszoną w czasie drogi garderobę. Poprawił rozluźniony krawat, zapiął marynarkę, a potem ujął go pod ramię i pociągnął ze sobą.
 - Chryste! - jęknął z komiczną powagą. - Powinniśmy byli poczekac na taksówkę. W końcu na pewno złapałoby się jakąś. Jazda autobusem czy tramwajem w takich warunkach to naprawdę nic zabawnego. Gorąco, duszno, ścisk taki, że człowiek dosłownie nie może nawet sobie swobodnie odetchnąc. Zupełnie jak w parówce...
Gara milczał. - Och, dobrze! - myślał. - Dobrze. Ale przestań już. Przestań nudzic. - Szli obok siebie, przecinając na ukos rozległy plac, gdzie stały stragany kwiaciarek, kubły z wodą i całe stosy złożonej na ziemi jedliny. W parnym powietrzu unosiła się smutna woń zapuszczonych cmentarzy, przywiędłych już nieco wieńców nagrobnych z czarno-złotymi szarfami, zeschłych i nikomu niepotrzebnych kwiatów. Z wieży kościoła Mariackiego rozległo się bicie zegara, a tuż pod nim odezwała się ratuszowa wieża i wkrótce na miasto spłynęła nostalgiczna śpiewnośc bijących pod ciemniejącym niebem dzwonów. Popatrzył w górę, a potem przesunął wzrokiem po otaczających Rynek renesansowych kamieniczkach, przeniósł go na mały, stojący wśród akacjowych drzew kościółek Św. Wojciecha, wreszcie, gdy już znaleźli się u wejścia wiodącego 'Pod lipy', zatrzymał się przez dłuższą chwilę spojrzenie na Sukiennicach, które z podświetlonymi gazowym światłem łukami arkad, stały na wpół cieniu, a do połowy oświetlone, wspierając się jak gdyby na kamiennych kolumnach, opatrzonych głowicami z liści akantu. Wydawały mu się w tej chwili prawie nierzeczywiste, jak przypomnienie snu albo może jak lekka i krucha materia dekoracji z papieru go origami.
- Halo, Grzegorz... - zawołał z głębi długiego korytarza Filip. - Co się stało? Czemu nie idziesz?
- Nic, stary. Nic się nie stało.

Jak przypuszczał, wszystkie stoliki były już zajęte. Stali w ruchliwym tłumie młodych ludzi - którzy z braku miejsca krążyli wyczekująco w pobliżu parkietu do tańca i rozglądali się wokoło w nadziei, że może gdzieś znajdzie się jakiś stolik z dwoma fotelikami, gdzie mogliby przysiąśc. Ustawiona w kącie obok parkietu szafa grająca zadudniła basowo, rozległ się narastający huk kotłów i werblii, ponad który wzbił się wkrótce ostry i przejmująco czysty głos trąbki nawołującej na corridę. a potem raptownie odezwały się w suchym rytmicznym trzasku kastaniety i orkiestra zagrała efektowne pasodoble. Przy stolikach wszczął się gorączkowy ruch. Pary, przepychając się pomiędzy ciasno ustawionymi stolikami, schodziły na parkiet. Gara odwrócił głowę i popatrzył wyczekująco na Filipa.
- Idziemy stąd? - zagadnął.
Filip potrząsnął głową.
- Zaczekaj - powiedział. - Skoczę tylko na moment do baru. Może tam coś znajdziemy...
Ruszył czym prędzej ku stopniom wiodącym w dół do piwnicy i baru, jakby w obawie, że zostanie powstrzymany, niemal w popłochu. Gara popatrzył za nim niespokojnie. - Co mu się stało u licha? - pomyślał zdziwiony. - Sprawia takie wrażenie... Nie ucieka chyba przed nikim?
- Grzegorz... - usłyszał tuż obok siebie głos Ewy. - Grzegorz... Boże, jak się cieszę....

Odwrócił się powoli całym ciałem, jak automat, na zesztywniałych zupełnie nogach, czując postępujące ku górze mrowienie policzków, zdając sobie nagle sprawę, że blednie, że staje się żałośnie bezradny, zbyt wstrząśnięty tym niespodziewanym, zaskakującym spotkaniem, na które nie był zupełnie przygotowany, aby móc w porę się opanowac, a przynajmniej nie dac poznac po sobie jak silne wywarło to na nim wrażenie. Ale oto znowu była przy nim. Niebezpiecznie bliska, na nowo mu zagrażająca. Wpatrywał się w jej twarz, oszołomiony, niezupełnie przytomnym wzrokiem, widząc ją jak gdyby przesłoniętą szarym woalem - wymizerowaną, bladą i ogromnie smutną, ale nie czuł już owej szaleńczej prawie radości, jakiej doznał wcześniej, tylko odnajdował w sobie pustkę i gorycz rozczarowania, jakie ogarnęły go na widok Filipa. - On przed Ewą umknął! - przyszło mu nagle do myśl. - Ale dlaczego? - Spojrzał ponad jej głową w kierunku parkietu. Tłum trząsł się, skakał, podrygiwał niby w somnambulicznym śnie, bez powodzenia usiłując złapac właściwy rytm, co było prawie niemożliwe, skoro jedni poruszali się w wyimaginowanym tangu, inni tańczyli fokstrota, a reszta wykonywała żywiołowo rock and roll... W sumie dawało to niesłychanie komiczny efekt, gdyż orkiestra ciągle jeszcze grała pasodoble, lecz tańczący w ogóle zdawali się o tym nie wiedziec, zafascynowani samym ruchem, możliwością swobodnego improwizowania, wspólną im wszystkim potrzebą tańca. W rzeczywistości jednak to, co wyczyniali w tej chwili na zatłoczonym parkiecie, tańcem nie było, w każdym razie nie można było tak nazwac zgiełkliwego chaosu, jaki trwał od paru minut.

- Grzegorz... - szepnęła Ewa, dotykając dłonią jego piersi. - Grzegorz, posłuchaj mnie... Ja tak wiele myślałam o tym...
Na twarzy Ewy pojawił się wyraz czułości. - Czego  ja właściwie chcę? - pomyślał chłodno. - Co się ze mną dzieje\/ - Nie umiał wytłumaczyc sobie niechęci i rozczarowania, jakie odczuwał w stosunku do Ewy. A może to był po prostu zwyczajny lęk? Ten star, zadawniony i tak dobrze mu znany strach przed nowymi komplikacjami, obawa, że znowu jej uwierzy i jeszcze raz zostanie oszukany, a wtedy wszystko potoczy się, jak dotychczas, tymi samymi torami? Ile razy można tracic zaufanie do tego samego człowieka, a potem na powrót je odzyskiwac? Jak długo można rozdrapywac tę samą ranę? Dokąd można cierpiec, nie wyzbywając się wszelkiej nadziei?
- Nic się nie zmieniło - powiedział, odwracając spojrzenie od jej twarzy. - Jestem ciągle taki sam. Po tym wyznaniu, jakie ci uczyniłem, powinnaś mnie znienawidzic...
- Kłamałeś, Grzegorz...
- Nie - odrzekł twardo. - Byłem pijamy wprawdzie, ale nie kłamałem.
- Owszem, kłamałeś...
- Nie.
- A więc dobrze - zgodziła się po namyśle. - Mówiłeś prawdę. Tylko, że to w niczym nie dotyczyło twojego życia. Opowiedziałeś mi historię innego człowieka...
- Tak sądzisz?
- Jestem tego pewna. Nie o sobie mówiłeś....
- A może się mylisz?
- Nie - odrzekła stanowczym tonem. - Filip mi opowiedział wszystko o tobie...
- Ach, to dlatego uciekł do baru - pomyślał z niechęcią, a potem w nagłym olśnieniu zrozumiał nieoczekiwaną wizytę Filipa, jego uporczywie podtrzymywaną propozycję udania się 'Pod lipy', wreszcie spotkanie z Ewą, wcale nie przypadkowe, jak początkowo sądził.
- Cholerny drań! - mruknął w posępnej zadumie. - Jak on śmiał...
- Och Grzegorz, proszę... Nie mów tak. Filip jest ci bardzo oddany. On tylko chciał nam pomóc.
- Nie powinien był nic mówic na mój temat.
- Grzegorz - powiedziała Ewa. - Nie mów tak. Nie chcę żebyś tak mówił...
Skrzywiła się żałośnie i wtedy pomyślał, że zaraz się rozpłacze. Odwrócił spojrzenie od jej twarzy. Na sali coraz bardziej wzmagał się gwar rozbawionych ludzi. Grająca szafa dudniła na pełnych obrotach. Pomiędzy stolikami krążyli niespokojnie młodzieńcy w ciemnych okularach w poszukiwaniu partnerek do tańca. Nad zatłoczonym parkietem unosiły się smugi papierosowego dymu. Nagle usłyszał cichy, stłumiony śmiech Ewy. Popatrzył na nią zdziwiony.
- Wiesz?... - zaczęła. - To bardzo śmieszne...
- Co?
- Ta sala - wyjaśniła. - Ci ludzie. Do tej chwili naliczyłam już ośmiu Cybulskich i trzech Łomnickich z utlenionymi fryzurami. Czy to nie zabawne?
Milczał.
- Powiedz, po co oni to robią?
- Nie wiem.
- Są przecież śmieszni...
- Nie wiedzą o tym. Nikt im tego nie mówi.
Rozpieszczone dzieci Demokracji Ludowej - pomyślał smętnie - Nawet bawią się na koszt państwa, za otrzymywane stypendia....
- Grzegorz, chodźmy stąd... - powiedziała Ewa. - Tu nie jest dobrze.
Przepchnęli się przez zagradzający im drogę do wyjścia tłum. Na chwilę przystanęli. Zwrócił się ku Ewie i nagle zauważył, jak, stojąc wsparta niedbale o barierkę, wpatruje się roztargnionym wzrokiem w ułożone na wiklinowym koszu wiązanki kwiatów, które zachwalał jakiś dobrze już podpity i nieprawdopodobnie niechlujny facet. Bez zastanowienia wybrał wiązankę czerwonych róż i podał je Ewie. Rzuciła mu niepewne, trochę jakby zdziwione spojrzenie i przyjęła kwiaty bez słowa.
- Ile? - zagadnął wymiętoszonego osobnika.
- Trzy dychy się należy, szefie - wychrypiał tamten. - Taniocha...
Szli w milczeniu, kierując się ku ulicy Floriańskiej. Przed nimi leżał opustoszały, cichy Rynek. Pora nie była jeszcze późna, ale znużeni całodziennym upałem ludzie skryli się w swoich domach, uciekając zapewne również przed parnym i lepkim powietrzem, które zapowiadało burzę. Zresztą słyszał już w tej chwili dalekie dudnienie grzmotów. Raptem ogarnęło go jakieś dziwne, nienaturalne podniecenie. - Muszę coś wypic - pomyślał. - Może alkohol sprawi, że pozbędę się tego chłodu... - Doszli do ulicy Siennej. Przed nimi wynurzyła się mroczna bryła kościoła Mariackiego. Przeszli na drugą stronę jezdni "Teatr Ludowy w Nowej Hucie. 'Myszy i ludzie' - wznowienie". Wyminęli stojący na rogu słup reklamowy, oblepiony afiszami. Z wystawy księgarni przy Placu Mariackim wołały ku nim barwne okładki wyłożonych jasno oświetloną szybą nowości. Wówczas nagle zdał sobie sprawę, że nigdy do tej pory nie ofiarował Ewie żadnej książki. Wydało mu się to bardzo dziwne. Zwykle obdarowywał ją drobnymi, nic nie znaczącymi przedmiotami: kupował jej jakieś śmieszne mechate kotki, mikroskopijne laleczki, małe kolorowe piłki, długopisy z wielobarwnymi wkładkami, miniatury zabawek dla dzieci... Kwiaty również. Ale czemu nigdy nie przyszło mu na myśl, aby obdarowac ją książkami? Tym więcej, że poświęcali im tak wiele czasu we wspólnych rozmowach. Miał jeszcze dobrze w pamięci wieczorne, nieraz przeciągające się w noc, a czasem nawet trwające do samego świtu rozważania, jakie wiedli nad przeczytanymi książkami, popijając wino przy cichej muzyce. Albo czytali na głos wiersze, czy raczej on je czytał Ewie, albo znużeni rozmową, słuchali Sonaty Księżycowej Beethovena. To było dobre. Bardzo dobre. Wewnętrznie oczyszczające jak wielkanocna spowiedź wierzącego drania  albo jak wyjście z ciepłej kąpieli po długiej i męczącej podróży. Mówili również i o tym. Ewa zaproponowała nawet kiedyś, aby to miejsce w pokoju, w którym stały: radio, adapter i magnetofon - nazwac "konfesjonałem ateisty".
O czym zresztą nie rozmawiali w tym czasie, między jednym i drugim rozstaniem? W parnej ciszy znowu odezwał się grzmot, tym razem już bliżej i przetoczył się po ciemnym niebie jak głos kotłów i werbli monstrualnej orkiestry. Ewa prawie podświadomym gestem chwyciła go kurczowo za ramię, a gdy głuche dudnienie grzmotu umilkło gdzieś za dachami domów, odetchnęła z widoczną ulgą.
- Będzie deszcz - powiedziała. - A my nie mamy nawet parasola...
Skinął głową.
- Niechby trochę popadało - odrzekł, a po chwili zapytał miękko: - Boisz się?
- Lubię kiedy pada deszcz...


PATETYCZNIE RZECZ UJMUJĄC - CIĄG DALSZY NASTĄPI...

niedziela, 31 lipca 2011

Mózg mój oraz ciało jako przenośnik owego narządu poniósł mnie do Irlandii Północnej, do kuzynki mej (córki siostry padre mego) oraz jej zacnej rodziny z dość nowo nabytym, bo ponad jednorocznym Dawidkiem. Kocham jego dialogi 'baaa baa bua bua eeeeeeeeeeeeeeeee aaaaaaaaa!'.




































Tajga, która 'pocałunkiem' budziła mnie każdego ranka.



Wycieczka do Londonderry/ Derry (Niepotrzebne skreślić. Jeśli jesteś Irlandczykiem nazwiesz to miasto Derry, jeśli Brytyjczykiem - Derry). PS: Nie rozumiem angielskiego Irlandczyków. To chyba jakieś strasznie inne narzecze... ;O









A na koniec mosiężna dziewica, która rozwaliła mi łeb oraz zakup butów. Rekord w wyborze 10 minut (więcej czasu nie miałam...).


A teraz pora mi wyruszac na lotnisko, a tam do Birmingham, a stamtąd do domu...
I och jej, boje się latać nocami. To by było na tyle. Paka! :)

poniedziałek, 25 lipca 2011

Nie byłabym kobietą, gdybym nie udała się na zakupy...
Kurcze... :|















Mina pt. 'Ta, i jeszcze ze mnie szydź!'

A potem to... tralala! Lips! (Nie moja wina, że ciągle wygrywałam...)




Yyy...
To... cześć?

piątek, 22 lipca 2011

intro godne polecenia.

Kochani Moi! Diano, Kamilu....
Ubolewam, że nie mogłam ujrzec Waszego ślubu na żywo.
Moje ubolewanie potęguję to, co teraz oglądam już dziesiąty raz pod rząd.
Wiecie czego Wam życzę...
Się wzruszyłam... :'>



Krystian, masz NIESAMOWITY talent! :'>

wtorek, 19 lipca 2011

Nieznajomi.

Rozejrzał się bezradnie wokoło, szukając miejsca, gdzie by mógł złożyć trzymane w rękach rzeczy, gdyż nagle poczuł się z nimi niezgrabnie.

- Pan szuka kogoś? - zapytała dziewczyna.
Potrząsnął głową.
- Nie - odrzekł. - Jestem sam...
- A więc proszę, niech pan usiądzie - powiedziała szybko dziewczyna i jej głos zadrgał nieznacznie. - Na kocu jest dość miejsca dla dwojga osób. Zmieścimy się doskonale...

    Zawahał się przez moment, a potem wszedł w seledynowe półcienie chińskich ogrodów, pomiędzy gąszcz lian i tropikalnych drzew, znieruchomiałych w bezwietrznym upale wysmukłych palm z przygiętymi łukowato ku ziemi, pierzastymi czapami koron, z nagła otoczony wrzaskliwą czeredą jaskrawo ubarwionego ptactwa, a gdy dotarł w głąb dżungli i znalazł się już nieomal w samym jej środku, złożył na ziemi ubranie i ostrożnie usiadł pośród drzew bananowca.

  Dziewczyna sięgnęła do torby plażowej i wyjęła paczkę papierosów. Poczęstowała go w milczeniu. Zapalili. Nagle spostrzegł, że ręka, w której trzymała papierosa, drży. Spojrzał na nią uważnie, próbując popatrzeć jej w oczy, ale dziewczyna odwróciła twarz.

- Czemu pan na mnie tak patrzy?
- Pani jest bardzo piękna - powiedział z westchnieniem. - Naprawdę...
- I cóż z tego? - zapytała nieoczekiwanie twardym i nieprzyjemnym tonem. - Po co mi pan to mówi?...
Popatrzył na nią zdziwiony.
- Nic z tego - odrzekł spokojnie. - Stwierdzam oczywisty fakt.
- Dziękuję.
- Nie ma za co - odrzekł z żartobliwym błyskiem w oczach. - To naprawdę drobiazg dla mnie...
Roześmiała się.
- Ładnie pan to powiedział.

Westchnął i wyciągnął się wygodnie na wznak, przymykając powieki, gdyż słońce świeciło mu w tej chwili prosto w twarz.
- Kiedy byłem małym chłopcem - podjął po chwili - wydawało mi się, że piękno i szczęście są nierozłączne i zawsze chodzą ze sobą w parze. Ogromnie mi było żal ludzi brzydkich, kalekich, naznaczonych jakimiś skazami. Współczułem im. Byłem wówczas głęboko o tym przeświadczony, że nie mogą być nigdy szczęśliwi. Oczywiście, to nieprawda...
- Tak...
- Okropnie jest wierzyć w takie rzeczy... Nie uważa pani?
- Nie.
Zamilkli. Sądził przez pewien czas, że dziewczyna leży obok niego, podobnie jak on, zwrócona twarzą ku słońcu, ale gdy doszedł go jej ciepły, łagodny głos, nie z boku ani z dołu, tylko z góry, jak gdyby stała nad nim w tej chwili, wiedział już, że nie zmieniła pierwotnej pozycji, siedząc w bananowym gaju, otoczona rojem kolorowych papużek.

- Niech mi pan jeszcze coś opowie...
- Ale co?
- Kiedy pan był chłopcem, w co pan jeszcze wierzył?
- W anioły...
- W jakie anioły?
- Normalne. Takie, jakie widuje się na kościelnych malowidłach, ze skrzydłami u ramion, odziane w białe powłóczyste tuniki.
- I w co pan jeszcze wierzył?
- Że każdy człowiek ma własnego anioła, który w dzień i w nocy czuwa nad jego bezpieczeństwem, no i w ogóle... Wierzyłem wtedy w różne rzeczy. Wierzyłem na przykład, że jak człowiek popełni coś złego, jego anioł staje się smutny  i płacze, a czasem nawet odchodzi na zawsze i już nigdy nie wraca. Zawsze się tego najbardziej obawiałem, aby nie utracić swego anioła i codziennie sprawdzałem, czy on przypadkiem ode mnie nie odszedł...
- Jak pan to mógł sprawdzić? Przecież pan nie mógł go widzieć...
- Owszem. Widziałem go.
- Jak to było możliwe?!
- Był moim cieniem - odrzekł z ledwie uchwytnym uśmiechem. - Uważałem, że mój cień, tak mocno ze mną związany i nieustannie mi towarzyszący mi w każdej sytuacji, jest właśnie moim aniołem.
- Ale cień posiadają również drzewa, domy, zwierzęta i ptaki...
- Tak... Toteż wierzyłem wówczas, że cały świat pełen jest aniołów.
- To ładne.
- Tak - zgodził się. - To ładne...
- A teraz?
- Co?
- Wierzy pan?
- Nie. Niewiele jest jeszcze rzeczy, w które potrafię wierzyć...

Milczała dość długą chwilę. Słyszał tylko nieustający rozgwar tłumu i łagodny plusk wody, uderzającej w drobnych przypływach o piaszczysty brzeg - usypiający jak szmer deszczu z oknami.
- Niech mi pan powie...
- Co?
- Kiedy pan utracił swego anioła?
- Och...  Jak pani ma na imię?
- Małgorzata.
- Och, Małgorzato... - odrzekł smętnie. - To się stało tak dawno... Miałem wówczas osiem lat. Tak, chyba nie więcej niż osiem. Popełniłem wtedy rzecz tak straszną, że mój anioł odszedł płacząc i już nigdy nie wrócił. To odebrało mi spokój na wiele lat. Zresztą, prawdę mówiąc, nigdy już nie byłem taki spokojny jak przed tym zdarzeniem...
- Nie wierzę w to...
- W co pani nie wierzy?
- Żeby mógł pan zrobić coś złego. Był pan przecież dzieckiem.
- Tak. Byłem dzieckiem. Ale dzieci bywają nieraz bardziej okrutne niż dorośli. Niech pani nie zapomina o tym...
- Wiem...
- No więc?
- Chce pan papierosa?
Otworzył oczy i uniósł się na łokciu. Małgorzata zwróciła do niego uśmiechniętą twarz.
- A może woli pan jabłko?
Potrząsnął przecząco głową.
- O wiele bezpieczniej będzie zapalić papierosa...
- No dobrze... Ale dlaczego bezpieczniej? Jabłko wcale nie jest zatrute...
- Zgoda. Zapomina pani jednak, Małgorzato, że z powodu jabłka, ofiarowanego przez kobietę mężczyźnie, zaczęły się wszystkie nieszczęścia rodzaju ludzkiego.
Małgorzata roześmiała się.
- Nie miałam wcale zamiaru powtarzać biblijnej sceny kuszenia - powiedziała wesoło. - Naprawdę, proszę mi wierzyć.

Zapalili. Spojrzał jeszcze raz przelotnie na jej rozjaśnioną uśmiechem twarz, a potem przeniósł wzrok na rozlewisko wody, od której bił tak silny blask, że musiał zmrużyć powieki, chcąc poobserwować trochę, pływające po zalewie kajaki i łodzie.
- Dobrze tutaj jest, prawda? - rzekła rozmarzonym tonem Małgorzata. - Dobrze...
Skinął głową. Wtedy spostrzegł w pobliżu parę młodych ludzi, którzy, stojąc tuż przy samym brzegu, ale już z zanurzonymi w spienionej wodzie stopami, spoglądali na siebie czy może raczej wpatrzeni byli nawzajem we własne oczy, szukając odbicia swoich twarzy, jedno w oczach drugiego, a może tylko pragnęli się o czymś upewnić, coś zgłębić, przekonać się, że TO w nich naprawdę istnieje, tylko i na zawsze TO, i tak bardzo byli sobą zaabsorbowani, że zdawali się nie pamiętać ani o tym miejscu, ani o natrętnej i pełnej zaciekawienia obecności innych ludzi, w każdym razie sprawiali takie wrażenie, jak gdyby w tej chwili nic dla nich nie istniało, prócz nich samych, ich twarzy, ich oczu, wreszcie ich rąk obejmujących się kurczowo, zaciśniętych boleśnie dłoni, tych pięciopalcych dłoni, niepokojąco ruchliwych, delikatnych i na przemian gwałtownych, które w tym spektaklu, jaki nieświadomie tworzyły, miały swoją własną i z góry określoną rolę; ale oni również i o tym nie wiedzieli, i chyba dlatego właśnie było coś wstrząsającego w widoku tej lunatycznej pary, tak bardzo osamotnionej pośród hałaśliwego tłumu plażowiczów, stanowiącej jakby maleńką wysepkę w burzliwych odmętach rozkołysanego morza głów.

Mężczyzna zerknął niepewnie na Małgorzatę, która również spoglądała w ich kierunku.
- O tych dwojgu można chyba powiedzieć, że są szczęśliwi - rzekł w zamyśleniu. - Nie sądzi pani?
- Nie wiem - odrzekła dziewczyna nieswoim, zmatowiałym raptownie głosem. - Należałoby zapytać ich o to...
Wgniótł w piasek tlący się niedopałek papierosa.
- Byliby na pewno zdumieni, Małgorzato - powiedział. - Oni przecież tego nie wiedzą. Nigdy się nie wie naprawdę, kiedy się jest szczęśliwym. Wie się tylko, kiedy się było szczęśliwym...
Po zastanowieniu skinęła potakująco głową.
- Jaką pan stawia diagnozę?
Uśmiechnął się.
- Jeśli oboje przyjmiemy, że miłość jest chorobą, to należałoby poddać  ich natychmiast klinicznemu leczeniu - oświadczył wesoło. - To jest miłość, Małgorzato...
Zmarszczyła brwi. Po jej twarzy przemknął cień niechęci.
- Miłość! - powiedziała z goryczą. - Miłość?! Chciałabym wiedzieć, jaki dureń wymyślił to słowo?!
Popatrzył na nią zdziwiony.
- Nie sądzę, żeby to był dureń - zaprotestował.
- Tylko kto?
Wzruszył niechętnie ramionami.
- Może to był pierwszy człowiek, który poczuł się ogromnie samotny? - odrzekł w posępnym zamyśleniu, czując jednocześnie bolesne ukłucie w okolicy serca, gdyż nagle pojawił mu się przed oczami obraz Ewy, nieszczęśliwej, zapłakanej i upokorzonej. - Może to był właśnie Adam, a może jego syn Kain, który zabił Abla? Oczywiście, jeśli można wierzyć temu, czego uczono nas kiedyś na lekcjach religii...
- Ja w nic nie wierzę! - wybuchnęła z wściekłością, która wprawiła go w zdumienie, nie podejrzewał bowiem, że w tej młodej i pięknej dziewczynie może być tyle goryczy, tym bardziej, że wszelkie piękno kojarzyło mu się dotychczas ze spokojem i łagodnością. - Nie wierzę... - ciągnęła po chwili. - Bóg! Miłość! Czego ludzie nie wymyślą! Ale po co się oszukiwać? Niebo jest puste. Na ziemi nie ma miłości. Jesteśmy pozostawieni samym sobie, skazani na samotność.
- Nie ma pani racji, Małgorzato - powiedział łagodnie.
Zwróciła się ku niemu porywczo całym ciałem.
- W czym nie mam racji?
- Mówiąc tak o miłości...
- Tak pan myśli? Naprawdę?!
- Niech pani spojrzy na tych dwoje. Oni się kochają...
- Chciałabym zobaczyć ich za rok - powiedziała z gorzką ironią. - To chyba dość czasu, żeby wszystko zniszczyć?
Odwrócił twarz i jeszcze raz spojrzał na tych dwoje stojących w płytkiej wodzie pośród fantastycznych błysków pomykającego po falach światła.
- Ja także chciałbym ich jeszcze zobaczyć - przyznał cicho. - Za rok...
Chłopiec pociągnął za sobą dziewczynę i oboje ruszyli płycizną w bryzgach roztrąconej stopami wody w stronę przystani kajakowej, obejmując się ramionami.
- Dlaczego tak się zawsze dzieje? - zapytała Małgorzata z udręką. - Dlaczego?...
- Co?
- Że prędzej czy później wszystko się kończy?
- Bo ludziom brak jest odwagi - odrzekł z nagłym smutkiem. - Tak, Małgorzato, właśnie odwagi - powtórzył, widząc pojawiający się na jej twarzy wyraz zdziwienia. - Wszyscy chcą być kochani, nic w zamian nie dając. To jest bardzo wygodne. To nie zmusza do żadnego ryzyka. Aby jednak być szczęśliwym, nie wystarczy być kochanym. Powiada pani, że wszyscy skazani jesteśmy na samotność. Może. Ale rzeczywiście problem zaczyna się dopiero od tego, jak my ją przyjmujemy. Trzeba umieć przegrywać. Ale również trzeba mieć odwagę podejmować życie od nowa, nie oglądając się na poniesioną porażkę. Niech mi pani wierzy, Małgorzato. Człowiek nie może żyć, trawiony nieustaną świadomością klęski, gdyż to  zwykle rodzi niebezpieczną chęć odwetu i prowadzi w końcu do katastrofy...
- Tak... - powiedziała z uglą. - Dobrze jest usłyszeć takie słowa...

Była znowu spokojna, rozjaśniona. Spoglądał na niego promiennie, a gdy uśmiechnęła się, mrużąc sennie powieki, na jej szczupłych policzkach pojawiły się dwa maleńkie, pełne wdzięku dołeczki. Wyciągnęła ku niemu w milczeniu dłoń, w której trzymała duże, czerwone jabłko.
- Znowu mnie pani kusi, Małgorzato - rzekł wesoło. - To zaczyna być naprawdę niebezpieczne...
Patrzyła mu prosto w oczy, uśmiechając się z filuterną przekorą.
- Nie odmówi pan chyba tym razem?
Wziął z jej dłoni jabłko.
- Och, jeśli Ewa była podobna do pani, wcale nie dziwię się, że Adam nie potrafił się oprzeć...
Nie odpowiedziała. Jadła jabłko jak mała dziewczynka, trzymając je w obu dłoniach. Błądziła sennym czy może rozmarzonym spojrzeniem po plaży, spoglądając ponad jego głową...

czwartek, 14 lipca 2011