piątek, 24 grudnia 2010

Świąt 'na wypasie' ! 

*Krzyśkowa stylizacja choinkowa.





Pierwsza gwiazda nieba gest, wskazuje drogę 
Może dziś się zdarzy cud...

(TGD - 'Mój ląd')

czwartek, 23 grudnia 2010

Motorola Flipout.

Pewnego pięknego popołudnia, kiedy za oknem cicho i bezszelestnie niemal, padał śnieg, zadzwoniła do mnie pani z Orange.
- Mamy świetną ofertę dla Pani!
- Jaką? - spytałam zaciekawiona.
- A więc....


I tak to się w sumie zaczęło.
W moje dłonie trafiła Motorola Flipout. Telefon, który zeżarł kasę nie tylko mi, ale i bratu memu. A wszystko to za sprawą mej nieudolności manualnej. Tak więc, nie polecam owego sprzętu osobom takim jak ja tj. takim, które nie czytają instrukcji obsługi oraz nie są na tyle pojętne w kwestiach nowinek technicznych. Niemal każdy mój dotyk, powodował (bo teraz już go tak strasznie nie tykam) wejście do przeglądarki internetowej (nawigacji GPS, MySpace'a, Facebook'a, Google, Gmail'a, sklepu internetowego, YouTube'a), a tym samym do utraty niebagatelnych kwot pieniężnych. To chyba jedyna poważna wada tego telefonu. W sumie nie jest to wada dla tych, którzy posiadają multum kasy na koncie, ale zadajmy sobie arcyważne pytanie - czy istnieje osoba, które takie multum posiada? No raczej nie...

To, co cieszy to: świetna jakość dźwięku i obrazu, wygodna klawiatura, wymienne obudowy dołączone do zestawu, całkiem spory wyświetlacz.

Kurcze! Nie umiem pisać recenzji! Daruje sobie...




Motorola Flipout to jeden z nowszych smartfonów amerykańskiego producenta, oparty na systemie operacyjnym Google Android w wersji 2.1 z nałożonym interfejsem Motorblur 1.5. Ten stylowy telefon o niecodziennym wyglądzie, wyposażony został w zarówno w 2,8-calowy ekran dotykowy
 TFT o rozdzielczości 320 x 240 pikseli, jak i wysuwaną klawiaturę QWERTY.
Ponadto Flipout posiada procesor z zegarem 700 MHz, 512 MB pamięci ROM, 256 MB pamięci RAM, 3-megapikselowy aparat z cyfrowym zoomem i funkcją geotagowania zdjęć, łączność 3GBluetooth i WiFi 802.11b/g/n, port microUSB, 3,5-milimetrowe wyjście słuchawkowe, nawigację A-GPS, elektroniczny kompas, akcelerometr, czujnik oświetlenia i zbliżenia oraz gniazdo kart pamięci z obsługą kart o pojemności do 32 GB. Całość mierzy 67 x 67 x 17 milimetrów, zaś waży 120 gramów.

wtorek, 21 grudnia 2010

...


Gdybyś któregoś dnia, znalazł na podłodze swojego pokoju roztrzaskana porcelanową figurkę, zapewne podniósł byś ja i posklejał. Następnie  zajął  się  nią  i 'wyleczył'. A kiedy była by już tak idealna i 'jak nowa' postawiłbyś ja na najzaszczytniejszym miejscu, by móc się chwalić jak ja uratowałeś,  każdemu  kto tylko na nią spojrzy. Jednak przyszedł by dzień w którym  ponownie  rozsypała  by  się  na  kawałki. I co wtedy byś zrobił? Po raz kolejny pozbierał i posklejał czy może wyrzucił, dochodząc do wniosku, ze jest już zbyt krucha? A nie przyszło ci do głowy, że może ona właśnie chce być taka? Ze  woła  do ciebie ' połóż mnie na półce taką, rozsypaną,  bezbronną i nie ładną'. Czasem warto  nie  sklejać  niczego  na  siłę  Pozwólmy marzeniom    być    takimi    jakie   są - n i e d o s k o n a ł y m i     i   jedynymi   w   swoim rodzaju.



W i k i .



a magia zaczyna się od 2:49

niedziela, 19 grudnia 2010

19/12/2010, Małaszewicze
fotel + kot + herbata zielona






Mój drogi pamiętniczku!

Troszkę Cię zaniedbałam, wybacz. Byłam w Lublinie. Wyobraź sobie, że studiuję i ciągle nie mogę w TO uwierzyć. U mnie na uczelni wszystko dobrze. Napisałam już 5 albo 6 artykułów. Teraz będę pisać kolejny. Na wykładach z WOKu oglądaliśmy ostatnio 'Southpark'a' i kabaret Mumio. Lubię pana wykładowcę i przedmiot ten też bardzo lubię. (Może pójść kiedyś jeszcze na kulturoznawstwo? ) Mam parę piątek, ale mimo to dalej czuję się trochę jak tuman i mam dziwne wrażenie, że nie ogarnę komunikacji językowej...

Pamiętniczku, czy wiesz, że Lublin jednak wcale nie jest taki wielki? Chyba polubiłam to miasto i polubiłam tamtych ludzi. Noszą kalosze i lisy na głowie. Troszkę się hihram z tego powodu i smucę zarazem. Bo oni mają lisy na głowach, a ja nie mogę znaleźć babcinej chusty w czerwone róże Ostatnio nawet byłam z człowiekiem co ma fajne imię, by ją nabyć, ale nigdzie jej nie było. :(

Autobusami jeździć lubię. Zwłaszcza rano. Bo jak się tak czeka na przystanku i marznie, i się w końcu wejdzie do autobusu, gdzie ludzie mi zachuchują okulary to już jest ciepło. :) Ale chyba trolejbusy są fajniejsze. Zawsze natrafiam na babcie, które w swych torbach przewożą słoiki, a może butelki?

Nie wiem mój drogi pamiętniczku co jeszcze mogłabym Ci napisać. Chyba po prostu jestem wesoła. I lubię moją egzystencję metafizyczną i nie tylko metafizyczną, mimo, że czasem jest marna i zmienia się w niebyt.

Kochająca Justysia ;*

PS: Do listu dołączam Ci coś ('praca w terenie')





A Wy moi drodzy to nie wiem dlaczego czytacie cudze listy....
Wstyd!
Ok, trochę zaniedbałam blogspota, ale w tej długiej przerwie to nadrobię. Może będą z dwie recenzję, felieton i opowiadanie. Także tego...

sobota, 4 grudnia 2010

Lublin! no nje?!

   Za mną 2 miesiące co by nie powiedzieć, zacnych studiów. Strach po części minął, choć w zasadzie nie całkiem. Pracy jak zwykle wiele. Do napisania: piąty artykuł a la sondaż przedwyborczy, referat o panowaniu telewizji no i nauka na komunikację językową.
W swoim mózgu zauważam dziwną tendencję do analizowania mowy, rozkładając je na części składowe: jej funkcje, genry, implikacje itp. itd.... 
Wszystko cacy, wszystko cool, ale jednak problemy są. Staram się nimi nie przejmować, wszak może to sprawić totalne zasiwienie mej czupryny. To nic, że jestem niezdolna kredytowo i to nic, że wykiwała mnie trzecia lokatorka. Co do lokatorki, pozwolę sobie wystosować ogłoszenie, otóż!


UWAGA UWAGA!! 
DWIE ZACNE STUDENTKI POSZUKUJĄ LOKATORKI DO ZAMIESZKANIA W JAKŻE IŚCIE PIĘKNEJ DZIELNICY, KTÓRA ZOWIE SIĘ CZECHÓW POŁUDNIOWY (OSIEDLE MONIUSZKI). PRZYSTANKI NIE DALEKO, TAK WIĘC MOŻNA DOJECHAĆ I NA PLAC LITEWSKI, I NA KUL, I NA PKS. LUDZIE TAKŻE MILI I ICH PSY TAKŻE MIŁE (KOTÓW NIE SPOTKAŁAM). GROSZEK JEST NIEDALEKO! I CO BY TU JESZCZE...? A DOM! W DOMU 2 POKOJE, ŁAZIENKA, KUCHNIA - WSZYSTKO CACY. PIĘTRO CZWARTE! CENA : 330 PLN'Y + RACHUNKI DO PODZIELENIA NA 3. W KUCHNI MAMY MIKROFALÓWKĘ! W POKOJU BĘDZIEMY MIEĆ TV, NO A INTERNET NIEBAWEM ZAŁOŻYMY. DZWOŃCIE TŁUMY! DAŁABYM NUMER TEL. ALE NIE DAM, WIĘC JAK COŚ TO PISZCIE TU W KOMENTARZACH.


   A teraz powracam do mojej dalszej opowieści.
Studia niezwykle uczą odpowiedzialności i samodzielności. Czasem człowiek ma ochotę rzucić to wszystko i wrócić do domu, a wszystko to dlatego, że wcześniej wszystko podane miał na tacy. W zasadzie to cieszę się z tego, że to wszystko mnie dotyka, muszę w końcu dorosnąć, dojrzeć! 
   Jeśli chodzi o studia dziennikarskie to chciałabym się podzielić pewną sugestią. Jeśli jesteś młodą osobą, która chce iść na ten kierunek, bo myślisz, że to takie crazy i cool, i że potem będziesz zgarniać kokosy w tv, to się mylisz. Wbrew pozorom dziennikarstwo to nie jest kierunek dla pozerów, czy idiotów. Tu musisz myśleć logicznie, uważnie obserwować otoczenie i wyciągać z tego wnioski. 
Uuu... powiało chłodem...





ZA CO LUBIĘ LUBLIN?


  • Za wspaniałą zimę za oknem i moje nieprzystosowanie do niej. Za spóźniające się o 40 minut autobusy i 2-godzinne powroty do domu. Za korki, za zaspy, za śnieg wpadający w oczy. 





  •  Mnogość atrakcji intelektualnych. Lubię chłonąć to, co inteligentne! (tam jestem, ale mnie nie widać!)

* zdjęcia by 'Kurier Lubelski' , banery 'eskLublin'







ale na tych koncertach nie byłam...






I wiele bym mogła, ale mi się nie chce. Takaż to ja leniwa! Cieszyć się domem muszę i znajomymi, o! 
A na koniec moja ulubiona ostatnio nuta, no nje?! ;> 

czwartek, 11 listopada 2010






nie mam na  to ani czasu
ani ostatnio ochoty, sama
nie wiem co ja tutaj robię.






Ostatni raz Ci zaśpiewam.

wtorek, 2 listopada 2010

Ogarnij mowę!

    W naszej telewizyjnej epoce nikt nie waży słów i nie mierzy zdań. Im więcej, tym lepiej. Zawodowi gadacze wyrzucają z ust tysiące słów w pół sekundy. Politycy wypuszczają na wiatr balony obietnic i latawce kłamstw bez żadnych obciążeń. Nawet o pogodzie nie mówi się, że pada, grzeje, wieje, tylko sytuacja biometeorologiczna niekorzystna z powodu nadciągającego niżu, którego przesilenie kumuluje masy powietrza przesuwające się znad Islandii.

Jak my lubimy gadać! Z jaką ochotą i smakiem zanurzamy się w gadanie o sobie, a kiedy już zanudzimy wszystkich i wszystko dookoła tak, że nawet pies z kulawą nogą zasypia w czasie naszych zwierzeń, jesteśmy w stanie zapłacić za to, żeby nas ktoś słuchał. Leżąc na leżance u psychoanalityka, opowiemy wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, a on za pieniądze będzie kiwał głową i mruczał 'uhm', a nawet będzie się przymilał i kusił: 'Mów dalej, opowiedz, proszę, jak to było, kiedy w pierwszej klasie zgubiłeś czapeczkę. Czy od tego czasu datuje się twoja niechęć do wyjazdów na wakacje?'.

Potrafimy tak godzinami. Zagadujemy wszystko. W nieustannym mieleniu, toczeniu i kręceniu słów gubimy ich sens i znaczenie. W codziennym cyrku naszych wystąpień zajmujemy się głównie żonglowaniem słowami, co nazywamy pracą albo wpływaniem na otoczenie, albo, jeszcze lepiej, społeczną misją. 

Nawet gdy jesteśmy zmęczeni, dla odpoczynku, u cioci na imieninach, opowiadamy dowcipy albo plotkujemy. Wiem, co mówię! Ludzie nie ślubują milczenia, żeby pokazać innym co jest dobre. Przede wszystkim dlatego, że nikt nie zauważy ich poświęcenia, tylko inni paplacze szybko skorzystają z okazji 'wpadną w słowo' i zaczną zagadywać na śmierć. To dżungla! Albo ty męczysz innych albo ciebie zjedzą.

Ale o co chodzi? Dlaczego musimy robić hałas? Co zmusza nas do opowiadania, jak zjedliśmy jajko na twardo oraz pouczania innych, gdzie na talerzu należy odkładać skorupki? Czy naprawdę wierzymy, że kogoś to naprawdę interesuje? Nie, nie wierzymy. Co więcej, wiemy na pewno, że jesteśmy nudni. Ogólnie sami sobie wydajemy się bez znaczenia. Prawie niewidoczni, prawie nieistniejący... Nie jesteśmy sławni, bogaci, znani i piękni, tak jak każą media. Nie dostaliśmy ostatnio żadnej nagrody Nobla, nawet nie schudliśmy, a raczej... Szkoda słów! Co robić? W takiej sytuacji można zanurzyć się w nieustannym ocenianiu innych, w określaniu wszystkiego, co widzimy, w perorowaniu na tematy, które ledwo liznęliśmy - wszystko po to, żeby pokazać: 'Halo! Halo! Tu jestem, patrzcie na mnie!' 

Mówię, więc jestem. A co mówię, to już nie ma znaczenia. Cisza jest straszna. W ciszy zaczynamy myśleć, zastanawiać się, dochodzimy do wniosków, podejmujemy decyzje. Czyli robimy wszystko, co naprawdę istnieje w naszym życiu i będzie miało znaczenie w przyszłości. Właśnie tego się boimy, uciekamy jak najdalej w krainę nieustannego, bezpiecznego gadania o niczym. To nie jest zdrowe, to nie jest dietetyczne, ekologiczne. To nam nie służy.

Gadanie tuczy, męczy i ogłupia. Oszczędzajmy słowa na większe okazje. Nie zalewajmy potokiem zdań każdej życiowej sytuacji. Czasami lepiej posiedzieć na ławce w parku i posłuchać liści. Ich szelest bywa mądrzejszy od 'dobrych rad' znajomych i jazgotu telewizora. Możecie spróbować. Mnie się czasami udaje...





i jak zwykle zdjęcia, które nigdy nie mają nic wspólnego z wpisem na blogu ;| (na zdj. ja i Grisz)