Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 marca 2011

Ci od kwiatów.


Miło mieć w domu kwiaty. Nie ma to jak stylowe mieszkania, w których od przedpokoju czuć zapach lilii. A jednak, kiedy się zastanowić, od których mężczyzn dostawało się najwięcej kwiatów, okaże się, że od tych najgorszych. 

W kwiatach spechalizował się jeden z tych, z którym była szczególnie nieszczęśliwa. Nie mogła się z nim rozstać, bo miała poczucie winy, że jest taki wspaniały i w tym przekonaniu ciągle ją utwierdzał. Był wspaniały, bo otwierał przed nią drzwi w samochodzie. Bo odwoził taksówką do domu. No i bo w kółko wysyłał jej kwiaty... 
Przede wszystkim jednak był wspaniały, ponieważ nie przeszkadzało mu  jak bardzo była z nim nieszczęśliwa. Kiedy mówiła mu, że muszą się rozstać, odpowiadał: 'Gdzie Ty znajdziesz drugiego, który będzie tolerował Twoje złe nastroje?' Faktycznie, trudno o mężczyznę, któremu mniej by przeszkadzało, że kobieta jest z nim nieszczęśliwa....
A potem znowu przysyłał jej kwiaty. I razem więdły - kwiaty w wazonach i ich nieszczęsna właścicielka. Gdy w końcu udało jej się podczas jakiegoś pobytu za granicą zerwać z nim przez telefon, pojawił się na lotnisku z wielkim bukietem i był bardzo zdziwiony, że mimo to nie chce do niego wrócić. Jak to, przecież przyniósł kwiaty, a to powinno załatwić sprawę.
Inna dziewczyna miała dokładnie podobny przypadek. Jej chłopak również przynosił kwiaty, w ich mieszkaniu bez przerwy kwitły róże, pachniały lilie i rozwijały się tulipany. Zdradzał ją i terroryzował, a kiedy ona wybuchała płaczem wychodził, trzaskając drzwiami, i po kilku godzinach wracał z bukietem róż. Dziś procesują o alimenty, bo on chciałby płacić na swoje dziecko mniej, niż wydawał na kwiaty. Na nie nigdy nie żałował. Wysyłał jej bukiety do pracy. Kiedyś w walentynki zamienił mieszkanie w kwiaciarnie pełną czerwonych róż. Kiedy indziej po wielkiej awanturze wyszedł, rzucając wyzwiskami, a po kilku godzinach wrzucił przez okno bukiet. Taki był z niego romantyk. Lubił traktować ją jak kobietę, czyli - protekcjonalnie. Kiedy spierała się z nim o coś, mówił: 'Kotku, ale uspokój się, nie myślisz racjonalnie". I dowód na to, że w gruncie rzeczy uważa to za słodkie, wręczał bukiecik. W końcu to typowe dla kobiet, że nie myślą tylko poddają się hormonom.

Bo właśnie do tego służą dzisiaj kwiaty - do pokazania kobiecie, gdzie jest jej miejsce. Te piękne bukiety wysyłane przez posłańca są najczęściej dowodem perfidnej męskiej natury. Porządni mężczyźni nie zastępują przeprosin kwiatami. To atrybut wstrętnych facetów, którzy próbują różami przykryc emocjonalny chłód i inne wady.
Paradoksalnie kiedyś, gdy emancypacja dopiero raczkowała, kwiaty miały inne znaczenie. Wszystkie kobiety i tak je dostawały, jak wymagał zwyczaj. Dzisiaj są gestem, wyczynem, odwołaniem do starych dobrych czasów, kiedy mężczyzna był mężczyzną. Mają zaspokoic jego próżność. Dzięki nim uważa, że jest ogromnie szarmancki. Mają nas rozbroić: nie możesz się już gniewać, przecież on tak się postarał.
A my się dajemy nabrać, zapominajac, że róża to nie dowód uczucia ani oznaka klasy - to po prostu pięć złotych. Przyniesione na randkę, są też znakiem dla innych. Niesiesz te kwiaty, idąc obok niego, i wszyscy wiedzą, kim jesteś. Kobietą, którą on emabluje. 
Kwiaty mogą być upokorzeniem albo szantażem emocjonalnym. Pojawiają się wtedy, kiedy nie mam miejsca na normalne porozumienie. Kwiaty daje się komuś, komu nie chce się dac książki albo płyty, bo nie ma się go za partnera, tylko za idiotkę.
Mężczyźni od kwiatów lubią dawać też misie. Sami natomiast chcą dostawać koszule i krawaty, żeby je włożyć na jakieś swoje ważne wydarzenie. Ciekawe co by powiedzieli na różowe klocki lego albo blaszany autobus?

nie brać przeraźliwie serio! 

wtorek, 2 listopada 2010

Ogarnij mowę!

    W naszej telewizyjnej epoce nikt nie waży słów i nie mierzy zdań. Im więcej, tym lepiej. Zawodowi gadacze wyrzucają z ust tysiące słów w pół sekundy. Politycy wypuszczają na wiatr balony obietnic i latawce kłamstw bez żadnych obciążeń. Nawet o pogodzie nie mówi się, że pada, grzeje, wieje, tylko sytuacja biometeorologiczna niekorzystna z powodu nadciągającego niżu, którego przesilenie kumuluje masy powietrza przesuwające się znad Islandii.

Jak my lubimy gadać! Z jaką ochotą i smakiem zanurzamy się w gadanie o sobie, a kiedy już zanudzimy wszystkich i wszystko dookoła tak, że nawet pies z kulawą nogą zasypia w czasie naszych zwierzeń, jesteśmy w stanie zapłacić za to, żeby nas ktoś słuchał. Leżąc na leżance u psychoanalityka, opowiemy wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, a on za pieniądze będzie kiwał głową i mruczał 'uhm', a nawet będzie się przymilał i kusił: 'Mów dalej, opowiedz, proszę, jak to było, kiedy w pierwszej klasie zgubiłeś czapeczkę. Czy od tego czasu datuje się twoja niechęć do wyjazdów na wakacje?'.

Potrafimy tak godzinami. Zagadujemy wszystko. W nieustannym mieleniu, toczeniu i kręceniu słów gubimy ich sens i znaczenie. W codziennym cyrku naszych wystąpień zajmujemy się głównie żonglowaniem słowami, co nazywamy pracą albo wpływaniem na otoczenie, albo, jeszcze lepiej, społeczną misją. 

Nawet gdy jesteśmy zmęczeni, dla odpoczynku, u cioci na imieninach, opowiadamy dowcipy albo plotkujemy. Wiem, co mówię! Ludzie nie ślubują milczenia, żeby pokazać innym co jest dobre. Przede wszystkim dlatego, że nikt nie zauważy ich poświęcenia, tylko inni paplacze szybko skorzystają z okazji 'wpadną w słowo' i zaczną zagadywać na śmierć. To dżungla! Albo ty męczysz innych albo ciebie zjedzą.

Ale o co chodzi? Dlaczego musimy robić hałas? Co zmusza nas do opowiadania, jak zjedliśmy jajko na twardo oraz pouczania innych, gdzie na talerzu należy odkładać skorupki? Czy naprawdę wierzymy, że kogoś to naprawdę interesuje? Nie, nie wierzymy. Co więcej, wiemy na pewno, że jesteśmy nudni. Ogólnie sami sobie wydajemy się bez znaczenia. Prawie niewidoczni, prawie nieistniejący... Nie jesteśmy sławni, bogaci, znani i piękni, tak jak każą media. Nie dostaliśmy ostatnio żadnej nagrody Nobla, nawet nie schudliśmy, a raczej... Szkoda słów! Co robić? W takiej sytuacji można zanurzyć się w nieustannym ocenianiu innych, w określaniu wszystkiego, co widzimy, w perorowaniu na tematy, które ledwo liznęliśmy - wszystko po to, żeby pokazać: 'Halo! Halo! Tu jestem, patrzcie na mnie!' 

Mówię, więc jestem. A co mówię, to już nie ma znaczenia. Cisza jest straszna. W ciszy zaczynamy myśleć, zastanawiać się, dochodzimy do wniosków, podejmujemy decyzje. Czyli robimy wszystko, co naprawdę istnieje w naszym życiu i będzie miało znaczenie w przyszłości. Właśnie tego się boimy, uciekamy jak najdalej w krainę nieustannego, bezpiecznego gadania o niczym. To nie jest zdrowe, to nie jest dietetyczne, ekologiczne. To nam nie służy.

Gadanie tuczy, męczy i ogłupia. Oszczędzajmy słowa na większe okazje. Nie zalewajmy potokiem zdań każdej życiowej sytuacji. Czasami lepiej posiedzieć na ławce w parku i posłuchać liści. Ich szelest bywa mądrzejszy od 'dobrych rad' znajomych i jazgotu telewizora. Możecie spróbować. Mnie się czasami udaje...





i jak zwykle zdjęcia, które nigdy nie mają nic wspólnego z wpisem na blogu ;| (na zdj. ja i Grisz)








środa, 7 lipca 2010

Pismo obrazkowe.

Może dlatego, że ziemia jest kulą, zawsze wracamy do punktu wyjścia, a historia, jak twierdzą nudziarze, kołem się toczy...

Tak czy inaczej, ludzkość wraca do systemu jaskiniowego i porozumiewa się coraz chętniej za pomocą obrazków. W ulotce wyjaśniającej domowe użycie farby do włosów wszystko jest narysowane: zegarek, gumowe rękawiczki, włosy. Szkoda, że nie narysowano zacieków na szyi, plam na ręcznikach i upapranej umywalki, wszystko z czerwonym napisem: achtung-attention-wnimanije, czyli uważaj, farba brudzi!
No, ale nie wszystko da się narysować. Zakaz wjazdu, płeć toalety czy nie wkładaj nogi pod wagon metra - to łatwe. Ale co z uczuciami? Tutaj pomagają nam filmy rysunkowe, czyli animacje. Na przykład narzeczony odszedł: wysyłamy SMS ze smutnym pieskiem, szukamy pracy: krasnoludek zbiera grzyby, mamy grypę... Zaraz... O! Jest! Nos, z którego kapie. I proszę, wszystko jasne. Po co pisać jakieś tam: Szanowny Panie, z przykrością zawiadamiam, że z powodu grypy jestem zmuszona odwołać nasze spotkanie. Serdecznie pozdrawiam, żywiąc nadzieję, że przełożenie planowanej wizyty nie będzie zbyt wielkim kłopotem... To strata czasu!

Posługujemy się skrótami, nie używamy kropek, przecinków - że nie wspomnę o myślnikach. Przypuszczam, że w hieroglifach wykuwanych w skale też robiono skróty, w końcu ręka boli od tego kucia. To czemu zamiast faraon nie napisać tylko fa? I tak wszyscy wiedzą o kogo chodzi. No i pewnie dlatego przez tyle lat różni archeolodzy i językoznawcy nie mogli tych hieroglifów odczytać.
Pismo staje się nieczytelne, rysunki przekazują treść infantylnie. To co nam pozostaje? Tylko fotografia. Wydaje się być najbardziej rzetelnym i obiektywnym sposobem ( w końcu zdjęcia robi się obiektywem!). Widzimy, co widzimy, a jaki jest na przykład koń, to każdy wie, bo może go na własne oczy zobaczyć. No i tu się mylimy. Fotografie często kłamią. Wystarczy zobaczyć twarze znanych kobiet na okładkach kolorowych pism. A gdzie zmarszczki, a gdzie drugi podbródek, co się stało z tym zezem czarownicy? Najwyraźniej schowano go pod firanami rzęs, które namalował sprytny komputer, a my w to wierzymy i uważamy za prawdziwe. Ale za to nakręcony film z imprezy, która wydawała się czarująca, głównie dlatego, że ktoś po paru piwach doskonale udawał małpę, bujając się na żyrandolu jest dowodem gafy towarzyskiej. Ale w tym przypadku informacja obrazkowa mówi prawdę.

Zresztą nie chodzi tylko o sam przekaz. Czasem chcemy coś uwiecznić, zatrzymać dla potomnych, mówiąc słowami poety "ocalić od zapomnienia". Na przykład wakacje, daleką podróż, wschody i zachody słońca, więc co robimy? Czy piszemy list, pamiętnik, felieton do gazety? Nie. My pstrykamy fotki, zatrzymując na wieczność to, co wydaje się piękne. Potem przeglądamy fotki zatrzymując na wieczność to, co wydaje nam się piękne. Potem przeglądamy i co widzimy? Stoję krzywo, a za mną prosta wieża w Pizie, nasz autokar od tyłu albo plastikowa miska na kempingu w Grecji. Chyba nie warto tego wklejać do albumu. Zresztą kto dziś robi albumy? Zdjęcia przechowujemy w komputerze, który za chwilę będzie taki mądry, że wszystko poprawi, skoryguje, namaluje, a wtedy nasza miska z Grecji przestanie być plastikowa i zmieni się w zabytkową misę z marmuru.

Uważajcie, bo pismo obrazkowe, chociaż wygląda dziecięco, niewinne nie jest. Może warto nie odrzucać starej mody pisania pełnymi zdaniami, za pomocą liter. Proszę, przynajmniej spróbujcie..

wtorek, 15 czerwca 2010

Szafa.

 fajny mam bajzel! ;D
ale żeby nie było, to posprzątałam
PS: dziękuję za misia :)


(notka stara, bo na razie zupełnie nie mam pomysłu na coś nowego) 

...
Moim zdaniem dla kobiety sen o szafie oznacza jedno: 'nie mam co na siebie włożyć!' Chociaż ubrania wiszą grzecznie obok siebie, jak armia gotowa do akcji - tak naprawdę te rzeczy są  N I E D O W Ł O Ż E N I A.

Owszem widać między nimi jakieś straszydła całkiem dobrze wyglądające, bo nieużywalne - ale czemu nie są używane?
Bo się ich włożyć nie da! Takie na przykład kupiona bezprzytomnie w hormonalnym zaburzeniu obcisła niebieska sukienka z wielką kokardą ..No nie! I to coś w kształcie wora na kartofle kupione po ostatnim wielkim wyjściu, kiedy chciało się chodzić tylko w brązowym habicie przepasanym sznurem!

Są też rzeczy kupione na wagę, a nie na wygląd, czyli tanie! I ubrania drogie, że się je latami oszczędza, aż niezauważalnie staną się niemodne. Są ubrania o złym charakterze, złośliwe i sadystyczne. Wyglądają niewinnie i czysto, ale naprawdę są podłe i znęcają się nad osobą, która je nosi. Piją, gryzą, swędzą, cisną, obcierają i pocą...

Oczywiście to nic w porównaniu z tym, co cierpieli nasi przodkowie zakuwani w zbroje, gorsety, sztywne kołnierzyki i dziwne konstrukcje 'modelujące sylwetkę'. My - szczęściarze - żyjemy w raju elastycznych ubrań, ciepłych polarów i butów zapinanych na rzepy. Myślę zresztą, że następnym wynalazkiem będą ubrania w spray'u. Przed wyjściem do domu spryskamy się pianką tu i tam, przyklepiemy łopatką, a idąc na bal wytarzamy się w brokacie. I wszystko się uprości, nie mówiąc o kosztach i zyskaniu miejsca po wywaleniu szafy.
To i dobrze, bo szafa nie chowa już żadnych tajemnic: wstydliwe ukrywanej bielizny, listów miłosnych, złotych monet zawiązanych w koronkową chustkę, ani fotografii kogoś kto poszedł i nie wrócił.

Markowe ubrania? Zapał do ich kolekcjonowania jest baśniowy. My nie kupujemy marynarki, my kupujemy np. Bossa, czyli przynależność do świata biznesu i elit finansowych. Staje się obojętne, ż taka sama marynarka w skromnej firmie kosztuje o wiele mniej, bo płacimy za metkę, za torbę, w której jest zapakowana, za uśmiech, za kolczyki sprzedawczyni, za wyższe studia dyrektora marketingu, wreszcie za reklamy w prasie i w telewizji.  My chcemy tego, to nas kręci, kupujemy bajkę i przechowujemy ją w swojej szafie dumni i zadowoleni.

Mam nieodparte wrażenie, że ubrania już nie zdobią i nam nie służą. Odzyskały wolność, żyją własnym życiem. Dawniej suknie szyło się dla kobiety, teraz kobiety odchudzają się dla sukni, by się w nią zmieścić. Ulegamy modzie w sposób naprawdę uległy, a ubrania robią z nami, co chcą. To one mówią co mamy jeść, każą odsłaniać brzuch i nerki. A jeśli już nic nie mamy na sobie,  to moda mówi, że należy przynajmniej być opalonym i wytatuowanym w smoki i gałązki ostrokrzewu.

Ale nie dajmy się się tym różnym modom i trendom! Nasz wygląd zależy od wielu innych elementów! Dlatego otwierając drzwi szafy, nie cierpmy, ale otwórzmy się  na nowe  rewolucyjne traktowanie ubrań - są po to, żeby nam się żyło lepiej. Nie jest lepiej - do wora z nimi! A wór do kontenera PCK, może komuś będą służyć z większym oddaniem.

My tymczasem, owinięci w byle jaki ręcznik, pójdziemy na sylwestra - niech ubrania wiedzą, kto tu teraz rządzi! Czy ubrania mnie słyszą?!
...
gadam do ubrań
...
ojaaa




Miałam być wysoką, niebieskooką pięknością z nadprogramową inteligencją i uroczym poczuciem humoru, no alee... nie wyszło.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

największy luksus


* tekst dedykowany wspaniałej młodzieży, która w pociągu słucha zacnej muzyki jaką jest disco polo, a także panom z walcami, spycharkami itp. , którzy rozwalają mi chodniki we wsi. ;]





Lubimy myśleć o sobie dobrze - w końcu jesteśmy Europejczykami! Nowocześni, schludni, ekologiczni. Coraz lepiej ubrani, bardziej świadomi tego, co jest dobre, a nawet zdrowe, modne i eleganckie. Prawie prawda. W zasadzie można się zgodzić. Naprawdę, zmieniliśmy się na korzyść. Wzrokowo i węchowo.

I byłoby już naprawdę elegancko, gdyby nie to 'śmiecenie' hałasem, ten ogólnonarodowy zapał do wytwarzania jak najgłośniejszych dźwięków bez opamiętania i bez żadnej kary.

Dręczenie 'przez uszy' obywateli przez obywateli dzieje się za zgodą wszystkich możliwych służb specjalnych i niespecjalnych. Na nic jęki i błagania laryngologów. Imbecyle zawsze wytworzą swoje decybele i 'załadują', żeby prymitywnie zaznaczyć swoją obecność na świecie w ten prosty sposób i pozbyć się przedstawicieli innego gatunku. Hałas to coś w rodzaju broni biologicznej, która sprawia, że wokół osoby hałasującej pozostają tylko ci, którzy nawet to lubią - reszta ucieka, gdzie pieprz cicho rośnie!

Obrońcy praw hałaśliwego człowieka twierdzą, że zawsze tak było. Dawniej też młodzież musiała się wyszumieć, budowlani musieli łomotać, a motocykle robiły głośno, to czego nie należy robić w salonie. Zgoda! Ale w tych dawnych, choć przecież nie tak odległych czasach, nie było superelektronicznych-kosmicznych wzmacniaczy, reklam w TV, dzwonków i melodyjek telefonów komórkowych. Nie było też mikserów, kina domowego, zabawek na baterie, maszyn czyszczących, śmieciarek i tych wściekłych kosiarek, które zaczynają ryczeć właśnie wtedy, kiedy kładziemy się z uczuciem ulgi na leżaku w swoim słodko zapuszczonym ogrodzie!

Uff! Musiałam to wykrzyczeć, tak bardzo mnie denerwuje pokora, z jaką godzimy się na znęcanie się nad naszymi uszami i nerwami. Przesadzam? Mówicie, że nie jest tak źle, bo są przepisy i na przykład po 22 nie wolno kosić kosiarką i wiercić wiertarką? Ach! To zupełnie zmienia postać rzeczy, przecież taki hałas nie może nikomu przeszkadzać od 7 do 22. W tych godzinach - wedle przepisów - jest przyjemnością!

Zastanawiając się nad tym społecznym przyzwoleniem na pogarszanie warunków życia, przypominam sobie, że tak już kiedyś było, tylko dotyczyło innego zmysłu, nie słuchu tylko węchu, o czym donoszą historycy. W czasach kiedy miasta nie znały kanalizacji, a ludzie higieny, społeczeństwo bez szmeru przyjmowało wszechobecny smród, który prawdopodobnie przeciętnego współczesnego obywatela zwaliłby z nóg. Ludzie żyjący w mieście godzili się na to 'naturalne miejskie środowisko' i nie wyobrażali sobie, że może być inaczej. My także uznajemy za naturalne to, że w supermarketach kasy muszą dzwonić i piszczeć, wózki uderzając o siebie strzelać metalicznie, a wszystko musi absolutnie musi, zagłuszać idiotyczna muzyka, którą najwyraźniej wybiera według swojego gustu najmłodszy i najbardziej pryszczaty sprzedawca.
Godzimy się na reklamy w kinie, które wbijają nas w fotel i na muzykę w warzywnym. Jesteśmy zmuszeni do cierpliwego słuchania disco polo w wesołych miasteczkach i u fryzjera. Godzimy się na wszystko, bo chyba nie wiemy, że może być inaczej.
A przecież jesteśmy cywilizowani, przestaliśmy palić, śmiecić i jeść ciężkostrawne potrawy. Pora przestać hałasować! Jako coraz bogatsze społeczeństwo musimy sobie przypomnieć, że milczenie jest złotem, a cisza wielkim, naprawdę wielkim luksusem







o to ta wredna poniżej! ją banujcie! - nie mnie.




poffodzenia!! ;)

niedziela, 21 marca 2010

Tortury i prosta magia.



JOŁ ZIOOOM! (przy łubudu jakiś rok temu) ;D



~oglądałam ostatnio coś o fryzjerach i tak jakoś mnie naszło.


Salony fryzjerskie, tak jak restauracje, nie zasłaniają okien. Jedni i drudzy kuszą, mamią, obiecują coś dobrego. W restauracji widać jedzenie, talerze, kelnerów. U fryzjera - fryzjerów, lustra i kobiety zasłonięte peleryną, tak, że przypominają namiot zwieńczony głową.
A na tej głowie cuda! Lokówki, srebrne papierki, błotne mazidła, spinacze, szpilki, gumki i nie wiadomo co jeszcze. Czasami samotna głowa, pozbawiona korpusu, grzeje się pod lampą albo siedzi pod hełmem kosmonauty czy daje się prasować maszynką do robienia gofrów. W miseczkach parują wyciągi z kory afrykańskich drzew, chińskich kwiatów i odchodów jednorożca albo czegoś równie rzadkiego. Szum narzędzi do powolnych tortur zagłusza rozmowy. Lustra w nieskończoność powtarzają gesty i miny.
Kobiety poddają się tym zabiegom jawnie. Prawdopodobnie dlatego, że własne włosy traktują jak rzecz, która nie należy do organizmu, jak coś w rodzaju czapki czy okularów. Dlatego bez wstydu mogą pokazywać światu, co fryzjerzy wyprawiają z włosami, jak je męczą, naciągają, prasują, polewają żrącymi substancjami, w dodatku nazywając to wszystko PIELĘGNACJĄ.
A nam w gruncie rzeczy nie o to chodzi. My traktujemy bowiem fryzjera jak wróżkę, która może ofiarować zaklęcie, zmieniające nasze życie.

W zależności od problemu, udajemy się do salonu fryzjerskiego, bo:
- narzeczony nas zostawił, lecimy pędem na farbowanie;
- chcemy schudnąć, obcinamy grzywkę;
- lekarz kazał rzucić palenie, robimy trwałą;
- oblałyśmy egzamin, zamawiamy długi seans prostowania włosów.

To w sumie prosta magia. Ogólnie dostępne gusła i laleczki voodoo. Coś, co zastępuje konkretne działania, pozwala pocieszyć się i uwierzyć, że teraz wszystko ułoży się gładko jak fryzura. A ponieważ nasze życie na co dzień jest pełne stresów, w dodatku zmienia się bardzo szybko i pędzi z kosmiczną szybkością, to i my chodzimy do fryzjera coraz częściej.
Dawniej wystarczyło zapleść warkocz i wybrać się do zielarki, by dała coś od uroków. Niestety, nie możemy tego robić, bo cywilizacja ma swoje wymagania. Dlatego salony fryzjerskie prosperują świetnie.
Te najlepsze, najmodniejsze, przypominają tajne zgromadzenia i sekty, do których należą tylko wybrani i wtajemniczeni. Nikt niezapowiedziany wcześniej telefonem nie wejdzie do sanktuarium włosów. Nawet jeśli jest pusto. W złoconych fryzjerskich kaplicach, przy dźwiękach dyskretnej muzyki i filiżance uspokajających ziół, umówiony już pół roku kapłan będzie odprawiać czary...
Mistrzowie i arcymistrzowie grzebienia występują nawet w telewizji, gdzie opowiadają, co w tym sezonie należy zrobić z włosami, żeby nie wyglądać prowincjonalnie i beznadziejnie. Słuchamy ich i podziwiamy.
A POTEM STAJEMY PRZED LUSTREM!
I cokolwiek się w naszym życiu dzieje w pracy, w kontaktach damsko-męskich, rodzinie, a nawet na świecie, po namyśle i tak skończy się jednym stwierdzeniem, że trzeba coś zmienić, a tym czymś, nawet po wielu przemyśleniach, w zupełnie irracjonalny sposób okaże się zawsze fryzura.
Badacze przyszłości przewidują, że za tysiąc lat będziemy łysi jak kolano i co się wtedy stanie z naszym zapotrzebowaniem na magię?
Na pewno znajdzie się odpowiednik dzisiejszych fryzjerskich salonów. W końcu wszyscy to wiedzą, że wygląd człowieka można zmienić, ale jego prawdziwą naturę i wiarę w zjawiska nadprzyrodzone - nie.